Felietony

ERIN BROCKOVICH – 20 lat od premiery. Burząc wiatraki korporacji (uczciwie)

Czy możemy tak zwyczajnie milczeć, kiedy na świecie dzieją się takie podłe rzeczy? Erin Brockovich odpowiada.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Do jej nadejścia, jakakolwiek konfrontacja z koncernem PGE (Pacific Gas and Electric) kończyła się dla mieszkańców zanieczyszczonych ziem klęską. Była to przysłowiowa walka z wiatrakami korporacji. Następnie nadeszła Erin Brockovich, zmotywowana i pewna siebie kobieta, która przyczyniła się do wytoczenia procesu firmie i otrzymania 333 mln odszkodowania. I co? Udało się, a dokonał tego ktoś, kto nie tylko wykazał się niebywałą intuicją, ale i w pełni skorzystał ze swoich zdolności i tzw. świeżości umysłu. Zatrudniona u znerwicowanego prawnika Eda Masry uczy się fachu w jego kancelarii, odkrywając przy tym przerażającą prawdę o zanieczyszczaniu wody. Soderbergh pokazuje, jak umiejętnie można przedstawić widzowi problem zgoła nieciekawy (nie ma w sobie tyle żywiołowości, co inne sprawy prawnicze), a przy tym nakreśla późniejszym filmowcom schemat dobrego filmu sądowego. Spotlight, Sędzia, wszystkie w jakiś sposób czerpią z biografii burzycielki wiatraków.

W licealnych podręcznikach z wiedzy o społeczeństwie przy tematach prawnych znajdziemy przynajmniej dwa–trzy akapity o sprawie Brockovich. Jej historia odbiła się echem na całym świecie, a dla wielu kobiet wkraczających w XXI wiek Erin zwyczajnie stała się wzorem do naśladowania (role model). Mój nauczyciel miał zwyczaj częstego wspominania o prawdopodobnie najlepszym filmie Soderbergha, wpadania w dość częste afektacje i polecania go dosłownie każdemu uczniowi. „Wspaniały film”, „rewelacja”, mówił. Zawsze gdy kończył, jego refleksja była wieńczona powierzchowną konkluzją, że jest to „dobry film” i „wszyscy interesujący się prawem powinni znać go na pamięć”. Co ciekawe, wydawać się może, że nawet laicy zostaną pochłonięci przez opowiedzianą historię, nie tylko znawcy tematu. Niezłomność bohaterki przykuwa uwagę nawet nieco mniej uważnego widza; wulgarna, charyzmatyczna, dobrze wiedząca czego chce – nieczęsto mamy możliwość towarzyszenia tak barwnej kobiecej postaci, której scenariuszowa nieustępliwość nie wynika ściśle z gatunkowości kina (feminizm, kino opierające się na środowisku płci pięknej) lub autorskiego stanowiska. Reżyser portretuje Erin taką, jaką była – sama przyznaje przecież, że jej biografia jest w 99% prawdziwa, rzeczywista. Przede wszystkim jej historia zdaje się uduchawiająca. W dyskusyjnych czasach, w których na pierwszy plan wychodzi ludzki egoizm, cieszymy się jak dzieci, kiedy Erin dąży do swego triumfu. To iskierka nadziei dla naszego gatunku. Zna swoje wady, ale i nie boi się pokazywać zalet. Niestraszne są jej działania. Wierzy w dobro i sprawiedliwość, przy tym w żadnym wypadku nie kreują jej na świętą. Jest prawowita w swym często skalanym postępowaniu. Jest ludzka w swym codziennym jestestwie (któremu nierzadko daleko do uczciwości). Sporo tu sprzeczności, ale właśnie taki jest film – przyzwoity wobec widza. Szczery. Bez upiększeń. Nie tworzący wyimaginowanej, alternatywnej rzeczywistości.

Dla społeczeństwa Erin Brockovich stała się symbolem sukcesu, walki o nieskazitelną sprawiedliwość. Ciężko jednak powiedzieć, ze spełniła swój amerykański sen, choć, o dziwo, wielu Amerykanów tak właśnie myśli. Oglądając Julię Roberts na ekranie, zaabsorbowani jej naprawdę wybitnym graniem, uzmysławiamy sobie, że w tym wszystkim chodziło tylko i wyłącznie o uczciwość. O zachowywanie się tak, jak należy. To jest sednem tego biopicu, pewne zmanierowanie go (rzecz jasna w dobrą stronę), by ukazywać zło, które da się pokonać. Uniwersalne prawdy w pełni krystalizują się z tego jakby oddalonego od naszego życia tematu. Mało kto bowiem ma na co dzień styczność z wielkimi koncernami czy sądowymi rozprawami. Jednak my wszyscy musimy konfrontować z naszymi ludzkimi słabościami i walczyć o lepszy byt. Nieprzypadkowy jest charakter i zapał Erin, ona staje się przeciwieństwem wspomnianego snu, kobietą nie tyle pokrzywdzoną przez życie (bo takową nie jest), ale taką, którą życie nieraz potrafiło przytłoczyć, czasem stłamsić. Jej siła wynika z matczynego zapału (trójka dzieci), z przeszłości (dwa razy mężatka), ze społecznych uwarunkowań (szuka pracy, zrobi wszystko, by zapewnić byt najpierw sobie, a potem dzieciom). Gdy idzie z dziećmi do restauracji, ale tylko im funduje jedzenie, z automatu współczujemy jej sytuacji. Dobrze wiemy, że po powrocie zje jakiś odgrzewany posiłek, ewentualnie coś z puszki. Przecież nie stać jej na gotowanie. I tak też się dzieje.

Zatem osobowość Erin wiąże się ze strukturalną hierarchią amerykańskich klas lat 90. Upór tej kobiety swoje korzenie ma w przedstawionych przeze mnie zajściach, ale także pozwala jej wygrywać pojedynki w miejscach, w których w teorii „nie powinna się sprawdzić” lub „do których po prostu nie pasuje”. W sytuacjach formalnych zachowuje się nieformalnie, a w czasie wymagającym zręcznej praktyki nie zwraca uwagi na konwenanse. Formuje się tu zatem model kobiety niezależnej, czyniącej dobro wtedy, kiedy ona sama musi przeżyć i wynieść z tego personalne korzyści. Wychodzi na to, że to prawdopodobnie najlepsze słowo – przeżyć, przetrwać. Brockovich dąży do sprawiedliwości, pragnie prawdy, ale ta cała niezależność wynika z próby utrzymania się w pracy. Setki mechanizmów doprowadzają do sukcesu duetu Erin–Ed, jednak ich zwycięstwo wynika z drogi pełnej niesprawiedliwych ambarasów. Steven Soderbergh nie robi z niej bohaterki. Pokazuje tylko parę rewelacji, które ukształtowały jej „ja”, spowodowały, że w oczach ludzi takową bohaterką się stała.

I to jest uczciwe. 

Ostatnio dodane