Felietony

EGZORCYSTA “PRZEGRYWA”, A DIABEŁ SIĘ ŚMIEJE. Mało znany horror lepszy od klasyka?

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Jak mawiał pewien filmowy „kaleka”, największą sztuczką szatana było przekonanie świata, że diabeł nie istnieje. Coś w tym  jest, skoro nawet w filmie dosłowna jego obecność psuje niekiedy dobrą zabawę, bo owa postać przestaje intrygować. „Czy tylko ja tak uważam, czy Ostatni egzorcyzm jest lepszy od Egzorcysty?” – to pytanie w tytule swojego felietonu opublikowanego na gamesradar.com zadał Matt Glasby. Tytuły rządzą się swoimi prawami – powinny prowokować. A może nie tylko o prowokację tu chodziło? 

Znacznie łatwiej wierzyć w istnienie Boga i wizję nieba jako miejsca spokoju i szczęśliwości (nie mówię tu o graniu w anielskich chórach) niż w istnienie diabłów. A już wiara, że po śmierci możemy trafić do miejsca, w którym czeka nas wieczne potępienie i niewyobrażalne cierpienia, wydaje się niemal niedorzeczna. Straszenie piekłem zdaje się nie działać już nawet na dziecięcą wyobraźnię. Właśnie dlatego przytoczone powiedzenie Rogera “Verbala” Kinta ma sens również z religijnego punktu widzenia. Zapytajcie waszych znajomych (uważających się za wierzących), czy wierzą w diabła? Nie takiego z rogami i ogonem, ale prawdziwego – jeśli można tak to ująć – mającego realny wpływ na ludzkie wybory.

William Friedkin, pokazując w Egzorcyście diabła, paradoksalnie go oswaja.

I to dlatego w Kościele katolickim wciąż trwa dyskusja nad beatyfikacją Anneliese Michel, której śmierć 1 lipca 1976 roku miałaby przypomnieć katolikom o istnieniu Szatana. Jej historię, trochę niestety zamerykanizowaną, opowiadają Egzorcyzmy Emily Rose. Jak łatwo zauważyć, domniemane opętanie Anneliese miało miejsce kilka lat po wydaniu Egzorcysty Williama Petera Blatty’ego i dwa lata po premierze filmu.

Jego reżyser, William Friedkin, którego słowa przytacza w swoim artykule Glasby, miał stwierdzić, że jego film eksploruje coś, co – również w Kościele – nazywa się tajemnicą wiary. Po seansie Ostatniego egzorcyzmu dochodzę do wniosku, że tak naprawdę tego nie robi, nawet nie wiem, czy próbuje.

Bo o ile historia śmierci Anneliese do dziś pozostaje tajemnicą (zakładając oczywiście, że dopuszczamy do siebie pierwiastek nadprzyrodzony), Egzorcysta od samego początku wali nas w łeb brakiem wątpliwości. Co prawda towarzyszymy księdzu Karrasowi w jego rozterkach, ale trudno tu mówić o tych uczuciach udzielających się widzom. Jest niepokój, przeradzający się z czasem w namacalny, przeszywający strach, ale wątpliwości brakuje. Według Blatty’ego i Friedkina Szatan istnieje. Kropka.

Z zupełnie innego założenia wyszedł Daniel Stamm. Jego Ostatni egzorcyzm, nieco mimochodem, zadaje pytania w miejscach, w których Friedkin oferuje łatwe odpowiedzi.

Cotton Marcus, niewierzący pastor-gwiazdor, odbiera list od farmera Louisa Sweetzera. Wdowiec prosi o pomoc dla swojej córki – Nell. Twierdzi, że nastolatka została opętana przez diabła. Pastor chce podejść do tematu „nieszablonowo” i dzięki mistyfikacji zorganizowanej razem z twórcami filmu dokumentalnego udowodnić, że opętanie to bzdura, a egzorcyści są szarlatanami czerpiącymi korzyści z ludzkiej naiwności i cierpienia. Łatwo się domyślić, że w miarę upływu czasu, kolejne wydarzenia nieco zweryfikują ten pogląd, choć niepewności co do rzeczywistej natury domniemanego opętania nie rozwiewają. Gdyby nie makabryczny, choć niestety nie do końca udany finał, zostalibyśmy z tym uczuciem niepewności do samego końca.

William Friedkin, pokazując w Egzorcyście diabła, paradoksalnie go oswaja: wystarczy trochę zielonej brei, brutalnej masturbacji krzyżem, kilka ofiar i poświęcenie księdza, a opętanie można uznać za pieśń przeszłości. Diabeł – prawdziwy czy nie – z Ostatniego egzorcyzmu pozostaje tajemniczy.

Większość komentarzy pod wspomnianym tekstem sprowadziła się do jednego zdania: „Tak, tylko ty uważasz, że Ostatni egzorcyzm jest lepszy”. Niewielu komentujących zdobyło się na rzeczową dyskusję. Tymczasem wiara, o której mówił też Friedkin, bez wątpliwości traci sens, zostaje wypaczona dogmatyzmem, naznaczona fanatyzmem i dla niektórych staje się „wiedzą”. I Egzorcysta nieświadomie tę “wiedzę” przekazuje.

Tak, po seansie Ostatniego egzorcyzmu to swego rodzaju zarzut. Mimo wszystko to nadal film Friedkina uważam za najlepszy horror wszech czasów. A to dlatego, że straszy jak diabli.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane