Felietony

Dlaczego PRZYJACIELE wcale nie są tacy ZABAWNI?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

A może i wręcz toksyczni? Kilka dni temu w telewizji śniadaniowej TVN-u słuchałem Edwarda Miszczaka, jak zachwalał pod niebiosa, czego to jesienna ramówka jego stacji nie będzie zawierała – Chyłka, BrzydUla i te sprawy. Rozrywka skrojona zgodnie z modą, wykorzystująca zastane gusta i raczej uciekająca od eksperymentów czy prób ukazania widzowi czegoś nowego. Wtedy od razu pomyślałem sobie o Przyjaciołach. Na Zachodzie ten format serialowy jest przecież tak popularny wśród widzów między powiedzmy 18 a 30 rokiem życia, a TVN w swojej ramówce często kopiuje styl, w jakim działają amerykańskie stacje telewizyjne, jak np. NBC, na antenie której po raz pierwszy w 1994 roku pojawili się Przyjaciele. Sitcom zdobył popularność na całym świecie dzięki bohaterom, którymi są młodzi ludzie na dorobku, ale jednak już w jakimś stopniu niezależni, żyjący lekko, zaczynający kariery od tzw. zmywaka, ale jak te mrówki w korporacji pnący się w zawodowych karierach, jakby to był najważniejszy cel życia. A wszystko w atmosferze typowej, amerykańskiej komedii sytuacyjnej, jednak czy faktycznie śmiesznej?

Serial przypomina grę z niezliczoną ilością poziomów, tyle że rozgrywaną na kilku planszach, głównie na kanapie w mieszkaniu Moniki dosłownie jak w grze Battle City

Wracając jeszcze do TVN-u, moja naiwność była jednak wielka, gdyż spodziewałem się jakiejś cudownej przemiany w podejściu do widza. Chciałem poczuć się zaskoczony jakimś nowym tytułem historycznym, fantasy, science fiction, surrealistycznym czy wysokooktanowym kinem akcji, no bo przecież Edward Miszczak mówił, że TVN staje się ogromną firmą producencką. Produkcja takich wypierdków jak BrzydUla czy Usta, usta raczej nie jest dowodem na podążanie drogą Warner Brothers, chociaż o wilku mowa. Warnerowie są jednymi z producentów właśnie Przyjaciół, tyle że dokładnie zrobiło to ramię o nazwie Warner Bros. Television Studios. A tak TVN ugości mnie na jesieni głównie serialami obyczajowymi z zacięciem komediowym lub sensacyjno-sądowym, nakręconymi w klimacie loftowych romansideł, czyli po kosztach, z miałkimi fabułami i kuriozalnie rozbuchaną, śniadaniową promocją.

I jak tu nie przypominać sobie Przyjaciół. Sitcom to kręcony na skalę masową, z kilkoma planami, trochę przypominający mydlaną operę, w którym kanapy we wszelkich konfiguracjach odgrywają równie ważną rolę, co w Świecie według Bundych. Co do fabuły zaś, to streścić ją można w jednym zdaniu. Przyjaciele to serial polegający na opowiadaniu kolegom, co się robiło na randce z kolejną osobą, z którą jak się okazuje, nie było warto się spotykać po pierwszym lub po dziesiątym razie, oczywiście zdaniem grupy, gdyż najodpowiedniejsze osoby do miłości bądź uprawiania seksu owa grupa oferuje, tyle że nieco skrycie. Tak właśnie minęło 10 sezonów, i to wcale nie jest śmieszne.

Rozumiem chęć dotarcia do już dorosłego, ale ledwo co w miarę usamodzielnionego widza za pomocą dowcipnej prezentacji damsko-męskich perypetii, ale twórcy Przyjaciół jakby zatarli się w jednym temacie niczym zardzewiałe tryby przedwojennego Junghansa. Model wygląda mniej więcej tak, że np. Phoebe (Lisa Kudrow), Joey (Matt LeBlanc) czy ktokolwiek inny z ekipy przygruchują sobie nowy obiekt. Często okazuje się, że jest to jakiś znany aktor, ozdabiający serial jak kandyzowana wisienka tort urodzinowy. A potem się zaczyna. Pokazać go grupie czy nie pokazywać? Jeśli już do tego dojdzie, to humor sytuacyjny budowany jest na jakimś zgrzycie między „obiektem” a resztą, no i oczywiście taka Phoebe albo Joey nigdzie ze swoim potencjalnym partnerem nie znikają w sensie przeprowadzki poza obszar oddziaływania reszty, bo opinia grupy jest ważniejsza. Nawet jeśli taki Ross próbuje się wyrwać np. do Londynu, do żony, to i tak sytuacja zostaje skrojona w ten sposób, że Rachel mówi: „Twoje miejsce jest tu [w Nowym Yorku]”. Oczywiście wszystko to do czasu. Przez tyle sezonów trzeba było dołożyć nieco pikanterii i stworzyć uczuciowe relacje między samymi tytułowymi przyjaciółmi. Randki z obcymi jednak nie znikają, a stają się kartami przetargowymi w multizwiązkach wewnątrz grupy (Ross i Rachel, Chandler i Monica, Rachel i Joey, Ross i Phoebe, Phoebe i Joey itd.). Wszystko prowadzone od fabularnej sztancy – ukrycie, nieporozumienia, rozejścia, zejścia, randki z innymi, desperackie szukanie możliwości uprawiania seksu pod jednym dachem, obok niezdających sobie z tego sprawy lokatorów albo sąsiadów, którzy dziwnym trafem niezbyt lubią mieszkać u siebie. Ileż sezonów można wałkować wciąż to samo wzbogacone jedynie o slapstickową konwencję i hermetyczne odwołania do telewizyjnej kultury Amerykanów, z reguły zupełnie niezrozumiałe dla Europejczyków, czy też dokładnie Polaków. Czuję się, jakbym oglądał brazylijskiego tasiemca.

Ostatnio dodane