Felietony

Dlaczego NIC NIE WIDZIAŁEM, NIC NIE SŁYSZAŁEM to komedia wszech czasów

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Generalnie nie lubię się w kinie śmiać. Nie tego rodzaju emocji szukam podczas seansu. I nie dlatego, że nie lubię się śmiać w ogóle, tylko dlatego, że twórcom filmowym bardzo trudno jest mnie rozśmieszyć. Jestem pod tym względem niezwykle wybredny. Tak się składa, że istnieje jedna komedia, która bawi mnie zawsze tak samo mocno. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem robi to już od trzydziestu lat, dlatego postanowiłem opowiedzieć wam o wyjątkowości tego filmu.

Pamiętam, że był taki czas, w którym kasetę VHS z filmem Arthura Hillera po prostu zajeżdżałem. Gdy widziałem, że film emitowany jest w telewizji, na moment postanawiałem się zatrzymać, by raz jeszcze przeżyć z bohaterami niecodzienne perypetie. W pierwszej kolejności to właśnie oni, dwaj główni bohaterowie, sprawiali, że Nic nie widziałem, nic nie słyszałem miało dla mnie tak wielkie replay value. Każdorazowy seans komedii z 1989 był dla mnie jak spotkanie z kumplami, którzy za sprawą niezwykłego dystansu do siebie i życia oraz niestrudzonej woli przetrwania potrafili udowodnić mi, że okoliczności są tak złe, jak źle je widzimy. Wszystko zależy od tego, czy postanowimy się poddać, zdając sobie ze sprawę ze swych fizycznych ograniczeń, czy po prostu zakaszemy rękawy i ruszymy przed siebie, nawet jeśli będzie się to odbywać po omacku.

still-of-gene-wilder-and-richard-pryor-in-see-no-evil,-hear-no-evil-(1989)-large-picture

Komedia to gatunek, który z założenia ma śmieszyć, ale u którego podstaw leżą bardzo zaskakujące treści. Uwagę wypada zwrócić na to, co tak naprawdę wywołuje śmiech widza. To dziwne, ale jednego bawi to, co dla drugiego jest problemem. Bohaterowie komedii zmagają się z różnymi przeciwnościami losu, czasem tragicznymi. Dopiero jednak tonacja filmu daje nam do zrozumienia, że można je traktować z przymrużeniem oka. Nie zmienia to jednak faktu, że śmiejemy się z nieustannych potknięć danych postaci, jakbyśmy w duchu cieszyli się z tego, że sami przebywamy w bezpiecznej pozycji kinowego bądź domowego fotela. I przyznacie, że jest w tym coś, powiedziałbym, mało życzliwego, jeśli kawał to z założenia cieszenie się z tego, że komuś powodzi się gorzej.

Z tej perspektywy Nic nie widziałem, nic nie słyszałem może wydać się tworem wręcz bezczelnym. Wszak główni bohaterowie filmu to przedstawiciele tych społecznie wykluczonych, bo niepełnosprawnych, z których śmiać się raczej nie wypada. Jeden jest głuchy, drugi jest ślepy, przez co obaj już na starcie mają „związane ręce”, gdy chcą wydostać się z tarapatów, w które wpadli. Co w tym śmiesznego? Ano wszystko, jak się okazuje. I w tej odwadze bezkompromisowego przełamywania tabu, kpienia z ludzkiej ułomności upatrywałbym właśnie największej siły komedii Hillera. Paradoksalnie.

Nie muszę chyba dodawać, że tego rodzaju komedia raczej nie byłaby możliwa w czasach dzisiejszych? Zafiksowani na punkcie poprawności politycznej twórcy boją się jak ognia wkładać kij w mrowisko i unikają czynienia przyczynkiem do żartu perypetii tych, których los na co dzień naznaczony jest niedolą. Droga to donikąd, bo według mnie Nic nie widziałem, nic nie słyszałem akurat przynosi niepełnosprawnym więcej dobrego niż złego. W całej tej grotesce, nieustannym pokazywaniu potknięć bohaterów, wynikających z ich wrodzonej ułomności, jest też przecież obecny przekaz mocno podnoszący na duchu. Bo oni, nawet z zawiązanymi oczami i zatkanymi uszami, mogą i potrafią radzić sobie w trudnych sytuacjach, mimo że ktoś przystawia im pistolet do głowy, a ty, zdrowy człowieku, nawet w pełni sprawny masz czelność co dzień narzekać na drogowy zator czy padający deszcz? Zastanów się nad tym.

Najbardziej banalny, acz zabójczo trafny dowód na to, że współpraca popłaca...

Nie mogę nie wspomnieć, że przekonanie mnie do tej historii i zachęcenie do nabrania do niej dystansu jest dużą zasługą aktorów. Duet Wilder i Pryor to dla mnie definicja ekranowej głupoty, która ma w ostateczności skłonić mnie do refleksji. Łagodna jak barania wełna twarz Wildera, w połączeniu z wytrzeszczem oczu i, co za tym idzie, wypisanym na twarzy szaleństwem Pryora to przede wszystkim dwa, tylko z pozoru nieprzystające do siebie puzzle. Najbardziej banalny, acz zabójczo trafny dowód na to, że współpraca popłaca, że jeśli wykorzystasz potencjał tkwiący w drugim człowieku, może on pomóc ci przełamać twoje ograniczenia. Oni to zrozumieli i oddali to w swoich rolach, bawiąc się przy tym, jak mniemam, doskonale.

Dziś nie ma już takich komedii jak ta z roku 1989. Jesteśmy o wiele bardziej tchórzliwi, wycofani, stosujemy strusią praktykę chowania głowy w piasek. Widzimy problemy tam, gdzie ich nie ma. A wobec tych, które istnieją naprawdę, i to od lat, jesteśmy obojętni – albo jesteśmy na nie głusi, albo ślepi. Wolimy śmiać się z tego, że ktoś wdepnął w psie odchody, bo wówczas nie obrażamy niczyich uczuć. Prawda jest jednak taka, że z chwilą, gdy zaczęliśmy martwić się tym, kogo w żarcie obrażamy, zabiliśmy w sobie zdolność krytycznego myślenia. Zdolność do samodzielnego wyciągania wniosków.

Dlaczego Nic nie widziałem, nic nie słyszałem to według mnie komedia wszech czasów? Dlatego że bawi radykalną wersją naszej niedoskonałości, udowadniając zarazem, że nie ma takiej przeszkody, której nie moglibyśmy przeskoczyć. I że los nigdy nie da nam bagażu, którego nie moglibyśmy jakimś sposobem unieść.

Ostatnio dodane