Felietony

Czy możliwe jest URATOWANIE UNIWERSUM MARVELA?

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Nie ma chyba osoby, która nie kochałaby uniwersum Marvela – chyba tylko poza zagorzałymi wyznawcami DCEU. Każdy kolejny z filmów dziejących się w tym świecie to wydarzenie dla fanów produkcji superbohaterskich. Mieszanie stylów i gatunków filmowych, genialne castingi oraz bohaterowie, których nie sposób nie kochać. Mimo że do świata Marvela dołączyłam dość późno, jestem w stanie docenić wartość niektórych dzieł, takich jak Strażnicy Galaktyki, Ant-Man czy Doktor Strange. Jeżeli chodzi o Avengers: Wojnę bez granic, to bez wątpienia był to największy tego typu filmowy event, który zachwycił mnie praktycznie na każdym możliwym poziomie. Pamiętam – jakby to było wczoraj – że chciałam zabić każdego, kto spróbowałby podzielić się ze mną chociaż połową spoilera.

Problematyczna powtarzalność

Analizując ostatnie dziesięć lat Marvela, da się zaobserwować, że wszystko, czego dotkną się twórcy uniwersum, automatycznie zamienia się w złoto, a dokładnie w miliony dolarów wpływów z filmów. Sztuka ta udaje im się nieprzerwanie od 2008 roku, więc bezpiecznie można założyć, że kino superbohaterskie nie tylko ma się dobrze, ale jeszcze długo będzie gościć na dużym oraz małym ekranie.

Dlatego zaczęłam się zastanawiać nad przyszłością całego uniwersum. Bo bądźmy szczerzy, produkcje Marvela ogląda się w większości przypadków świetnie, niemniej jak długo uda się twórcom wmawiać widzom, że ci nie mają do czynienia ciągle z jednym i tym samym filmem, tyle że z innym otoczeniem i bohaterami? Świetnym przykładem takiego stanu rzeczy jest chociażby Sherlock od BBC, gdzie wtórność spowodowała szybkie znudzenie widzów przygodami najsłynniejszego detektywa z Baker Street. Ta sama drama, te same motywy i ciągle powracający w każdym sezonie martwy Moriarty.

Zanim skupię się na tym, kto tak naprawdę jest w stanie uratować całe uniwersum, konieczne jest odniesienie się do kwestii powtarzalności – a dokładnie tego, że nieustannie dostajemy w filmach Marvela to samo zakończenie i powtarzające się motywy. Zacznijmy od pierwszej części Avengers – bohaterowie toczą powietrzną bitwę z międzywymiarowymi kosmitami, którzy chcą wszystkich zabić, a w tle mamy Kamień Nieskończoności. Strażnicy galaktyki… i znów ten sam schemat. I nie zapominajmy o filmie Thor: Mroczny świat, gdzie znów pojawia się identyczne założenie.

Jeżeli Marvel chce ruszyć do przodu z kolejnymi fazami, musi skoncentrować się na stawianiu swoich bohaterów przed naprawdę dużymi wyzwaniami, tak by wzbudziły w widzach emocje. Wiem, że większość fanów oburzy się na moje stwierdzenie, że filmy zaliczane do fazy 3 nie posunęły się ani krok do przodu… nie odmawiam im tego, że całkiem przyjemnie się je ogląda, niemniej poza Wojną bohaterów czy nowym Thorem miałam po raz kolejny wrażenie powtarzalności schematów, chwytów oraz robienia tak zwanego set-upu pod kolejną część Avengers.

Mniej Pajączka, proszę!

Kolejny krok do uratowania uniwersum Marvela leży tym razem po stronie fanów. Jako kinomani musimy bowiem zdać sobie sprawę z faktu, iż należy… przestać chodzić na filmy o Spider-Manie. Jeżeli chodzi o nową produkcję o pajączku z Tomem Hollandem, to niestety, ale muszę stwierdzić, że nie jest to dobry film. Znajdziemy w nim bezsensowną fabułę, tandetną charakterystykę i może dwie sceny, które w minimalny sposób rozwijają naszego bohatera. Nawet najwięksi fani zauważą, że w tym przypadku po raz kolejny pojawiają się te same motywy, ten sam schemat prowadzenia narracji, a co za tym idzie, te same historie, bardziej lub mniej zmodyfikowane i przystosowane do danego bohatera. Jeżeli chodzi o osobowość naszego protagonisty, to mam dwa zarzuty. Po pierwsze jest on wielbicielem Avengersów, co zostało sprowadzone aż do granicy, której nie powinno się przekraczać, a dodatkowo wpływa to na część jego motywacji, co wydaje mi się przesadą. Po drugie zabawna osobowość ma stanowić fundament całego filmu. Nie można jednak zapominać, że to tylko jeden z aspektów, a cała reszta została zepchnięta na dalszy plan albo całkowicie pominięta. Wykorzystanie postaci Iron Mana do przedstawienia dość „koślawych” relacji syna z ojcem było chybionym pomysłem, gdyż bezpośrednio wpływa na zniekształcenie motywacji głównego bohatera. Cały czas bowiem stara się on zaimponować Starkowi, dostać nowy kostium i koniec końców zostać jednym z Avengersów. Nigdy, przenigdy nie powinno to być jego podstawową motywacją. Inną kwestią jest zastąpienie jego wysokiego współczynnika IQ za pomocą sztucznej inteligencji, która pomaga mu praktycznie we wszystkim, a momenty, gdy w samodzielny sposób stara się wyjść cało z sytuacji, można by zliczyć na palcach jednej ręki. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w porównaniu do filmów od Sony ten jawi się jako prawdziwe złoto. Niemniej widz może uratować swój honor w jeden sposób – wmawiając sobie, że chodzi na te filmy tylko w celach naukowych. Nie widzę innego usprawiedliwienia.

Ale zacznijmy od początku – i tak wiem, że do tej pory pajączek był własnością Sony. Jako fanka twórcy Martwego zła byłam dość zdziwiona faktem, iż ten postanowił wykorzystać swój talent do takich celów jak adaptacja komiksu. Niemniej trylogia – w moim mniemaniu – stanowi zbiór lepszych i gorszych momentów, które koniec końców sprawiają, że widz czuje się bardziej zawiedziony, nie wspominając już o fatalnym wręcz aktorstwie. Twórcy już w tym momencie dali fanom obietnicę: oglądajcie dalej, w końcu uda nam się zrobić dobry film o Spider-Manie. Reboot serii był jeszcze gorszy od poprzednich filmów, ale ta sama obietnica pojawiała się przy każdej kolejnej produkcji. Marvel niejako bierze ten koncept i mówi widzom praktycznie to samo. Marvel tak bardzo stara się odciąć od wcześniejszych produkcji, że tworzy film, który nie jest produkcją o Spider-Manie.

Ostatnio dodane