Felietony

CIEKAWY PRZYPADEK BENJAMINA BUTTONA. Ponad ludźmi, a więc samemu

Autor: Przemysław Kapela
opublikowano

Cała istota tego filmu wyrażona jest na, mogłoby się wydawać, nieatrakcyjnym plakacie do filmu. Zastanawiające, gdyż atrakcyjność jest ostatnią rzeczą, której można by odmówić najnowszemu obrazowi Davida Finchera. Skąd zatem taka decyzja, taki pomysł na promocję? W filmie są przecież piękne dekoracje, są efektowne wybuchy, jazda na lśniącym motocyklu, jest też i starcza, frapująca twarz dotychczas zawsze pięknego Brada Pitta, a również i inne przebojowe fragmenty, z których dało się skomponować coś, co z miejsca intrygowałoby widzów. Reżyser zrezygnował z tych „błysków” i „blasków”. Dlaczego?

Na afiszu widnieją tylko dwie twarze na czarnym tle. To oblicza pary kochanków, których historia życia, ich rozstań i powrotów, rozpięta na cały dwudziesty wiek, jest treścią tego filmu. Warto przyjrzeć się ich spojrzeniu. Wzrok Benjamina Buttona (Brada Pitta) skierowany jest na wprost, zaś Daisy (Cate Blanchett) gdzieś wyżej. To patrzenie tłumaczy sens tej osobliwej opowieści. Ale od początku.

Benjamin Button, ponieważ narodził się jako starzec, od początku skazany był na odmienność, a więc i społeczne odrzucenie. Wychowany w domu starców, nauczył się tego, co młodym, zarozumiałym i niewzruszonym na świat wydaje się obce, mianowicie pokory. Z tą pokorą Benjamin idzie przez świat. Czerpie z życia ile się da, ale nie za wszelką cenę. Nie szarpie się ze światem, nie zamierza go zdobywać, po prostu go poznaje, doświadcza. Tak samo ważne są dla niego podróże po egzotycznych krajach, jak pomoc w remontach na ganku domu swojej mamy. On po prostu jest. Zawdzięcza to swojej ułomności: jego mądrość wynika z bezsilności i bezradności, których był więźniem za młodu. W odróżnieniu od dziecka, był w pełni władz umysłu, gdy uczył się chodzić i z tą wiedzą ceni każdy krok, jaki wykonuje w swoim życiu. Tym różni się od innych. Także od Daisy, dziewczynki, którą poznał w dzieciństwie, wnuczki jednej z pensjonariuszek. To będzie przyjaźń na całe życie, i coś więcej, ale to nie od razu. W miarę dorastania losy obojga potoczą się zgoła odmiennie, by ostatecznie jednak się połączyć. Dwoje bohaterów różni podejście do życia. Gdy on pozostaje zwykłym przeciętniakiem (wewnątrz, bo fizycznie różni się rzecz jasna od wszystkich), ona ma marzenia większe niż życie, chce sięgnąć gwiazd i tak też spogląda na plakacie – Daisy nie patrzy w naszą stronę, jej oczy biegną ku górze. Tam chce być. Jak większość z nas. Ciężką pracą, przy udziale determinacji udaje jej się na chwilę tam dotrzeć. Dostaje się na ziemski szczyt, którym jest sława (Daisy zostaje słynną baletnicą). Z tym że gdy już jest się tak wysoko, na samej górze, gdzie reflektory oświetlają cię tak silnie, by podkreślić i uwznioślić twoją wielkość, bywa, że nie widać twarzy tych na dole, tych, którzy to podziwiają, słychać jedynie ich oklaski. Jest się ponad ludźmi, a więc samemu.

Uśmiechnięta, promienna twarz Daisy (Blanchett) uosabia nadzieje i marzenia (co ważne, nie oznacza to wcale, że są to mrzonki) stania się tym kimś, tak jakby się nim nie było. Jej wzrok jest podniesiony, wypatruje czegoś niezwykłego. Czyżby bał się bezpośrednich spojrzeń innych? Warto zauważyć, iż twarz Benjamina (Pitt) nie jest wcale uśmiechnięta. W odróżnieniu od Blanchett nie wyraża żadnych emocji. Ani dobrych, ani złych. Zwrócona jest jednak bezpośrednio ku nam. Szuka więc porozumienia. Jeśli się na nią odpowie, doświadczy się pełni człowieczeństwa. Więcej mieć nie można.

Tekst z archiwum film.org.pl (21.09.2010).

Ostatnio dodane