Felietony

CHŁOPAKI NIE PŁACZĄ – 20 lat od premiery. Kiedy pamięć płata figle, a bunkrów nadal nie ma

Fakt, to może być bolesne, że lata 90. dawno minęły, a kultowa komedia Lubaszenki właśnie kończy 20 lat. Pewnie po tym zdaniu uroniliście pierwsze łzy. Oj, przestańcie się mazać. Chłopaki nie płaczą.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Podobno sceny wieczorne do Chłopaki nie płaczą kręcone były w noc świętojańską, a jakiś sfrustrowany pijaczyna wciąż przeszkadzał w nagrywaniu. Nawet jego pies szczekał, jakby imitował swojego pana. Podobno dostał od twórców sto złotych i kupił sobie litr, jak by to określił Janusz Gajos w jednym z filmów, pewnej gęstej substancji. I wypił, i przestał narzekać, a zwierzę już nie ujadało. Podobno kiedy Maciej Stuhr miał urodziny, przyjechała telewizja i ekipa zaczęła świętować, a podczas wywiadów wszyscy byli już dawno wstawieni. Podobno Muniek Staszczyk nie zgodził się, by jego utwór o tym samym tytule stał się motywem przewodnim filmu serialowego Franka Relke. Podobno pluł sobie potem w brodę. Podobno bunkrów nie ma, ale ptaszki ćwierkają, że i tak jest zajebiście. Podobno sam film stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych i popularnych komedii lat 90. XX wieku. Podobno chłopaki nie płaczą. Podobno minęło 20 lat od premiery. Podobno. Niepotrzebne słowa na „p” – skreślić. P.S. Podobno oczekujecie tekstu, w którym po raz setny powielę znane wam teksty i formułki napisane przez Mikołaja Korzyńskiego. Podpowiem – tego „podobno” nie trzeba usuwać.

Mam przed oczami taką scenę: mój znajomy, wtedy jeszcze chuderlawy cherubinek, wpycha się do całkiem sporej kolejki. Idzie do przodu, nie zwracając uwagi na przeszywające go oburzone spojrzenia. Zagadany, dlaczego to zrobił, z pewnością siebie odpowiada: „mam paszport Polsatu”. I cisza, nie mniej, nie więcej. Gdy staram się przypomnieć sobie szczegóły, zdaję sobie sprawę, że nie potrafię. Czy umysł zaczyna mi płatać figle? Według badań naukowych nasza psychika potrafi projektować wspomnienia, które niekoniecznie pokrywają się z rzeczywistością. Może Chłopaki nie płaczą jest tak głęboko zakorzenione w mojej podświadomości, że po prostu pragnie o sobie przypomnieć? Nieraz frywolne myśli pojawiają się znikąd, dotyczą różnych wydarzeń, często przeszłości, według niektórych – nawet przyszłości. Mam poczucie, że opisane przeze mnie doświadczenie jest fikcyjne. Takie sytuacje nieco deprymują człowieka. Co ja będę wmawiał znajomym? Przecież z łatwością opowiedziałbym tego typu historię przy alkoholu, że to niby ja, że młody byłem, bo przecież taka anegdotka to pretekst, by po raz kolejny nawilżyć wysuszone gardło.

To doświadczenie pokazuje mi, że będę się męczyć z tą sprawą zapewne do śmierci, ponieważ jest ona trwała niczym pewne filmowe miejsce. Miejsce, które podczas tych dziwnych rozkojarzeń moja wyobraźnia zaczęła odtwarzać i na nowo kreować. To prosty przykład zastosowania semiologii, które poprowadziło mnie do jednej z bardziej pokręconych scen w tej produkcji. Leon Niemczyk, polski playboy, persona wprowadzająca na ekran ogromne pokłady charyzmy (tutaj jako wręcz mityczny Król Sedesów) opowiada małemu Lasce, że „od tysięcy lat wszystkim (…) zawsze towarzyszy kupa”. Co więcej, wykrzykuje: „to jest życie!”, jakby nie on, bo na ekranie jest już Król, ten wzorzec dla młodych pokoleń, przodownik pracy świata przedstawionego w Chłopakach. „Życia nie oszukasz” – powiada, co od razu tworzy nam nieco przesadzoną metaforę. Wygląda na to, że moja podświadomość funkcjonuje niczym ta kupa (ach, zawiało Gombrowiczem) – nie pogram z nią w kotka i myszkę, nie nawciskam jej kitu. Te myśli nie objawiają się przypadkowo. Jeszcze chwila i usłyszałbym wewnętrzny głos: „za wszelką cenę musisz obejrzeć Chłopaki nie płaczą„. Całe szczęście nie zwariowałem. Jest dwudziesta, siedzę sam w busie, jadę przed siebie, a panowie zabójcy podobno potrącili jeżozwierza. I znowu czuję się, jakbym oglądał ten film po raz pierwszy.

A to rzadkość. Zazwyczaj nasze ludzkie roztkliwienie wmawia nam, że pierwszy raz już nigdy nie będzie taki sam. I podobno odnosi się do wszystkich elementów naszego życia. Tak więc dlaczego ta popaprana komedia nagle zdaje się taka świeża? A może nie nagle, może te 20 lat jedynie dodało jej uroku? Tyle pytań, a odpowiedzi jakby brak. Chłopaki nie płaczą bezwstydnie lawirują między komizmem sytuacyjnym a slapstickowymi dialogami. To drugie pojęcie wydawać się może na wyrost, ale pasuje – pamiętne teksty idealnie wkomponowują się w specyficzny humor filmu. Nie ma tu czczego gadania, są przedziwne sytuacje, kradzież stylu samych Urodzonych morderców, autorskie smaczki, które prawdopodobnie zrozumieją jedynie Polacy zaznajomieni z historią kraju z końca XX wieku. Ten quasi-tarantinowski produkt był dla nas jak Matrix dla Amerykanów. Tak bliski, a tak inny, zarówno pociągający, jak i niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Ach, ile paradoksów!

Pewnie dlatego pragniemy słuchać kultowego monologu Milowicza i śmiać się z pamiętnych dialogów. Nic nie jest tu napuszone. Nic nie okazuje się być składne ani do końca przemyślane. Chłopaki nie płaczą jest właśnie jak takie wspomnienie, które płynie swobodnie synapsami, a raz na jakiś czas każe o sobie pamiętać. Tak jak obiecałem, nie zamierzam przytaczać znanych wam dialogów. Przypomnijcie je sobie sami. Inaczej i was dopadną wspomnienia, których nie znacie. A wtedy pozostanie tylko jedno: usłyszeć co nieco o sympatycznych jeżach.

Ostatnio dodane