Felietony

BLOCKBUSTERY, O KTÓRYCH MAŁO KTO PAMIĘTA

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Dobrych kilka lat temu James Cameron zapowiadał cztery sequele swojego hitu z 2009 roku – Avatara. Podobno zdjęcia już trwają, w dodatku – do wszystkich części jednocześnie. Wygląda więc na to, że między rokiem 2020 a 2025 czekają nas cztery wycieczki do kina w celu ponownego odwiedzenia trójwymiarowego świata zamieszkałego przez Na’vi. A może jednak nie?

Przypominam, że jest to najlepiej zarabiający film wszech czasów. To znaczy, byłby takim, gdyby nie inflacja, ale żeby nie zagłębiać się zbytnio w zagadnienia ekonomiczne, wystarczy rzec, że film zarobił na całym świecie prawie 2,8 miliarda dolarów. Co ciekawe, drugie miejsce w tym zestawieniu należy do innego filmu Camerona – Titanica. Przepaść między pierwszym a drugim miejscem jest jednak ogromna – Titanic musiałby zarobić jeszcze 600 milionów dolarów, żeby wyrównać wynik młodszego „brata”. Czyli mniej więcej tyle, ile zarobił w samych Stanach Zjednoczonych. Melodramat o katastrofie pasażerskiego statku zgarnął na świecie łącznie 2,2 miliarda dolarów. Trzecie miejsce należy do Przebudzenia Mocy, które uzbierało 2 miliardy „z groszami”, czyli kilkudziesięcioma milionami.

Smaczne, zdrowe, starwarsowe!

Cyfry robią wrażenie. Filmy – także. Gwiezdne wojny to dzieło, któremu nikomu przedstawiać nie trzeba. To już nie film – to styl życia. Stały element popkultury, a może nawet i kultury. Nie trzeba tego nikomu udowadniać, ale bardzo proszę – przy następnej wizycie w supermarkecie policzcie produkty, na których znajduje się logo Star Wars. Na jakimkolwiek dziale – od ubrań, przez artykuły biurowe, na żywności kończąc. Wynik może przerosnąć najśmielsze oczekiwania. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Titanic może i nie ozdabia kubków termicznych (he, he) albo worków do lodu (he, he, he), ale też miał swój wpływ (he, he, he, he) na wygląd świata w pewnym momencie historii. Przełom wieków kojarzy się z kilkoma rzeczami, w tym z młodzieżą w t-shirtach z wizerunkami Kate Winslet i Leonardo DiCaprio. Para zrobiła po występie u Camerona wielkie kariery, a obraz regularnie przypominają stacje telewizyjne – chociażby nasz rodzimy Polsat, który uwielbia go kroić na pół.

A co z tym Avatarem? Nie pamiętam, żeby ktoś w ogóle kiedykolwiek miał koszulkę z niebieską twarzą Na’vi (rasy kosmitów – głównych bohaterów opowieści). Może mignął mi gdzieś kubek dołączany promocyjnie do zakupów w jakimś geekowskim sklepie albo jakiś internetowy mem naśmiewający się z podobieństwa Cameronowskiej historii do Pocahontas lub Tańczącego z wilkami. I to chyba tyle. Dziewięć lat po premierze o Avatarze pamięta i ciągle mówi chyba tylko sam jego twórca. Nie wiem, jak wielkim ryzykiem jest dla niego kręcenie kilku kolejnych części (których łączny budżet wyniesie pewnie kilkaset milionów dolarów), nie mam pojęcia, jakie pieniądze i jakie pomysły zostaną wpompowane w reklamę tych filmów. I zastanawiam się, czy zwykła ciekawość trójwymiarowego świata (a trzeba pamiętać, że ceny biletów 3D są nieco wyższe i to one pomogły wyrobić wynik finansowy oryginału) wystarczy, by ludzie poszli do kina po raz drugi, trzeci, czwarty i piąty.

Wszystko jest dobre, ale trzeba znać umiar

Ostatnio dodane