Felietony

BLOCKBUSTER DISASTER. Dlaczego współczesne kino rozrywkowe jest MIZERNE?

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Patrzę bowiem na kinowy repertuar i już właściwie drugi rok z rzędu ze smutkiem przyznaję, że nie ma on nic do zaoferowania pod względem wyczekiwanych z wypiekami na twarzy superprodukcji. Pomijając horrory – niejako odrębny gatunek boxoffisowego wyścigu – w których bohaterowie zabijani są przez coraz to głupsze rzeczy i coraz to starsze duchy, to do wyboru mamy głównie same czwarte, trzecie lub co najmniej drugie części filmów, które mogłyby w ogóle nie powstać i nikt, wbrew woli producentów, by nie płakał (podobnie jak ich spin-offy czy, pożal się widzu, rebooty będące właściwie kopiuj-wklej fabułami starszych wersji). Po ekranach latają głównie faceci w pelerynach – komputerowe, nieśmiertelne animki, które odbijają się wzajemnie od krawędzi kadru przy co rusz większym napuszeniu dramatycznym, z którego moc zupełnie uleciała po tym, jak Thanos czy inny kolorowy bandyta z odległej galaktyki pstryknął palcami. I same animacje, w 90% Disneya, lub aktorskie przeróbki tychże, tworzone na zasadzie fotorealizmu, ale pozbawione swobody oryginałów przy jednoczesnym uginaniu się pod ciężarem politycznej poprawności.

Ach, no i są jeszcze w tym wszystkim nieodłączne feministyczne wynurzenia, które poza tym, że za wszelką cenę chcą udowodnić równą (a nawet i wyższą) wartość kobiet względem mężczyzn, to nie mają zupełnie nic ciekawego do powiedzenia (czekam na film o górniczkach lub pracowniczkach huty, gdzie trzeba trzepać młotkiem lepiej od Thora – nie będzie? Oj, jak mi przykro). I tak oto pogromcy duchów stają się pogromczyniami duchów, faceci w czerni – facetkami w czerni (tak jakby dla odbiorcy miało to jakieś znaczenie lub robiło różnicę), a i Bond zapewne zmieni w niedalekiej przyszłości płeć (tu już różnica będzie i to znacząca – gorzej, że w złą stronę). A ja absolutnie nic z tego nie wynoszę, bo wszystko to już było – lepiej zrobione, bardziej charyzmatycznie zagrane (o każdej porze dnia i nocy wybiorę Tommy’ego Lee Jonesa zamiast Tessy Thompson i przedłożę Billa Murraya ponad Kristen Wiig). No i w końcu też mocniej przemyślane.

Avengers: Wojna bez granic

Te wszystkie przeróbki nie mają nie tylko żadnej wartości dodanej, ale też tej podstawowej – rozrywkowej. Przemycając do intrygi światopoglądowe hasełka, irytują jedynie i sprawiają, że z tęsknotą wracam do czasów, gdy na dużym ekranie kopała dupy aż miło Sarah Connor (Terminator 2 to wciąż taki niedościgniony wzór znakomitego blockbustera i doskonałej kontynuacji w jednym), Ellen Ripley, Morgan Adams (mocno niedoceniona, wciąż przefajna Wyspa piratów – zresztą niejedyny hit lat 90. z Geeną Davis w roli heroiny), bądź Lorna Cole (Zabójcza broń 3 i 4), że o Sharon Stone nie wspomnę; a ekranizacja Tank Girl była całkiem głośnym wydarzeniem, nawet jeśli ostatecznie rozchodzącym się trochę po kościach. I wtedy nikt nie darł szat o zarobki, miejsca pracy i w końcu o brak wyrazistych kobiecych postaci w kinie – bo te były tam od zawsze.

Na szacunek widza także warto sobie zapracować.

Podobnie jak niemal od zawsze rokrocznie pojawiał się jakiś głośny tytuł, który chciało się zobaczyć. Już, teraz, w pierwszy dzień premiery! Czemu? Bo filmowcom – czy też raczej producentom, gdyż to oni wykładają kasę i dają zielone światło, a potem zmieniają wszystko za plecami reżysera – się chciało. Chciało się inwestować, ryzykować, stawiać na Tolka… eee, na oryginalne projekty z konkretną wizją, która nie ograniczała się jedynie do skopiowania podpatrzonych u konkurencji rozwiązań (tak, do ciebie piję, DC!). Można narzekać na pieniądze utopione w Wodnym świecie, ale nie można mu odmówić, że rozpalał wyobraźnię na długo przed kinowym debiutem (a i do dziś pozostaje rzadkim przykładem filmu, który ma wszystko na swoim miejscu – gwiazdy, rozmach, efektowność, ciekawy, oryginalny świat, multum niezapomnianych sekwencji i dynamikę – dlatego może się podobać). Zresztą nawet, jak robiono sequel czy inne przedłużenie jakiegoś sukcesu, to miało to ręce i nogi. Mogę godzinami wymieniać wady Obcego: Przebudzenie, ale nawet będąc zagorzałym przeciwnikiem filmu, muszę mu przyznać punkty za charakter, konsekwencję i autorski sznyt, którego tak bardzo dziś brakuje. Zresztą to dowód na to, że jeśli nie udało się wtedy, to tym bardziej nie uda się po kolejnych x latach – czy się tego chce, czy nie, pewnym markom trzeba zwyczajnie dać umrzeć. Trudne, wiem i rozumiem – prawa trzeba utrzymać, a potencjalny zysk kusi. Ale na szacunek widza także warto sobie zapracować, odpuszczając.

Ostatnio dodane