Felietony

BLOCKBUSTER DISASTER. Dlaczego współczesne kino rozrywkowe jest MIZERNE?

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Meh!

Trzeba przyznać, że już od paru ładnych lat fabrykę snów trawi pewien marazm. Co prawda na brak ciekawego kina nigdy nie można narzekać, bo alternatyw jest zawsze bez liku. Mam jednak wrażenie, że tak zwane mainstreamowe kino amerykańskie – ze szczególnym uwzględnieniem nastawionych przede wszystkim na zysk blockbusterów aka letnich hitów – od jakiegoś czasu cierpi na regres, by nie rzec wprost: jest mentalnie martwe.

Można uprawiać rozrywkę z duszą. A ta gdzieś w Hollywood jakby uleciała.

Już ładnych parę wiosen temu pisaliśmy o kryzysie kina akcji – i od tamtego czasu nic się specjalnie w tej kwestii nie zmieniło (wszak jeden John Wick, nawet zmultiplikowany, nie wystarczy do odrodzenia skostniałego obecnie gatunku). Ja mam natomiast problem z szeroko pojętym widowiskowym kinem rozrywkowym, z którym stało się niestety dokładnie to samo, co z koszykówką lub piłką nożną – zostało zepsute przesadną komercjalizacją. Brzmi idiotycznie, przyznaję. W końcu komercja to siostra bliźniaczka rozrywki – jedno żyje drugim, karmią się wzajemnie piersią i dbają o siebie. Cały sęk w tym, że można uprawiać rozrywkę z tak zwaną duszą. A ta jednak gdzieś w Hollywood jakby uleciała.

John Wick

Chciałbym móc tu napisać wyświechtany slogan o tym, że już nie pamiętam, kiedy widziałem dobry, niezobowiązujący mnie do niczego (czyli niepowiązany z całą serią bądź uniwersum) blockbuster, na którym bawiłbym się jak prosię, zapominając o bożym świecie. Ale aż tak źle nie jest. Wszak zawsze znajdzie się jakiś rodzynek w cieście lub wyjątek od reguły, nierzadko tę regułę potwierdzający. Patrząc wstecz na ostatnie pięć lat, miło zaskoczyłem się chociażby Na skraju jutra i bez problemu pożarłem odświeżoną Godzillę, na którą publika zwykła jednak psioczyć, a która broniła się właśnie tym, że była inna, była JAKAŚ i nie próbowała usilnie zadowolić wszystkich wokół. Był też wspomniany już Jonathan Wick, który obrał nieco inną drogę – samozadowolenie wywołane powrotem do starej szkoły robienia kina, czyli takiej, która nie ogląda się na trendy oraz konkurencję, tylko robi swoje. Takiego kina brakowało, czego efektem dwa kolejne sequele – jak można się domyślić, każdy następny jeszcze bardziej przesadzony od poprzednika.

Do tej krótkiej listy spokojnie dopisać mogę też Przebudzenie Mocy, choć tu zadziałała jednak tęsknota za oryginalnymi filmami, co okazało się jednorazowym, złotym strzałem. No i Mad Maxa – niby czwartą część dawno temu zakończonej trylogii, lecz z zupełnie innym aktorem i spojrzeniem na apokaliptyczny świat, co poskutkowało oderwaną od jakichkolwiek konotacji jazdą bez trzymanki w dosłownym tego słowa znaczeniu. Były co prawda jeszcze ambitne porażki pokroju Króla Artura: Legendy miecza czy Kryptonimu U.N.C.L.E. (co ciekawe, oba od tego samego reżysera), które na swój los zdecydowanie nie zasłużyły, lecz cierpiały na zbyt dużo problemów, aby z ręką na sercu móc dodać je do filmów spełniających pokładane w nich nadzieje; oraz na przykład trzeci Star Trek, czyli jedyny satysfakcjonujący blockbuster lata 2016 i wyskakujący z kapelusza Deadpool. Ale – no właśnie – tu już zaczynamy wchodzić do pokoju znanych marek i odcinania kuponów. Wyłożyli się na tym praktycznie wszyscy pozostali kandydaci, od Bonda przez Transformersy i sagę o szybkich i wściekłych, a na kolejnych odsłonach superbohaterów skończywszy. Ale dobra, co było, to było – nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Pytanie, co jest teraz?

Ostatnio dodane