Felietony

A kto UMARŁ, ten ŻYJE. Dlaczego twórcy kinowych uniwersów tak bardzo boją się śmierci

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Kilka dni temu zadebiutował teaser dziewiątego epizodu Gwiezdnych wojen. Już poprzednia część była bulgoczącą zupą, do której powrzucano różne, niekoniecznie do siebie pasujące składniki, a wedle zamysłu te nowe miały ukryć nieświeżość tych starych. Chcąc osiągnąć jak największy zasięg wiekowy wśród widzów w nowej-nowej trylogii, twórcy opowiedzieli nowe historie nowych bohaterów, które zdają się jednak gasnąć w świetle prawdziwych gwiazd z drugiego planu – Luke’a, Hana, Yody, Lei. Nawet nowy arcyłotr ma w genezie wpisane stylizowanie się na starego, kultowego Vadera. Jednak nic nie przebije śmierdzącego beknięcia, jakim kończy się teaser dziewiątki. Zastosowany tam efekt dźwiękowy przypomina śmiech starego, dobrego (tfu, złego!) Imperatora Palpatine’a, vel Dartha Sidiousa. Jeśli w rzeczywistości się nim okaże, to uznam tę część, a także całą trylogię i jej pomysłodawców, za najbardziej leniwych, niezdecydowanych i niegodnych zaufania filmowców współczesnego kina mainstreamowego.

-Prawdziwa potęga, księżniczko, to odnawianie kontraktu co kilka lat!

Chodzi o najwyższą stawkę, która zawsze okazuje się jedynie blefem.

Nie jestem fanboyem Star Warsów. Znam na pamięć starą trylogię, ale Powrót Jedi uważam za średni film. Z sentymentem wspominam epizody I-III, epizod VII obejrzałem z wypiekami na twarzy, ósemka skutecznie mnie odrzuciła, spin-offy interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg. Przeczytałem może trzy książki i dwa komiksy z tego nieskończenie wielkiego i pojemnego uniwersum, wiem co nieco o pobocznych, pozafilmowych bohaterach, ogarniam rozumem stary i nowy kanon. Galaktyczna mozaika kusi rozmaitością form, narracji, bohaterów i opowieści, a jednak odrzuca mnie od niej pewien schemat, który obecny jest także w świecie komiksowych superbohaterów, a także w filmowych ich adaptacjach. Chodzi o najwyższą stawkę, która zawsze okazuje się jedynie blefem. Chodzi o śmierć.

Gra o tron: tu każdy ginie tylko raz

Słyszałem, że Darth Maul wcale nie zginął w czeluściach elektrowni na Naboo. Skądinąd wiem też, że Kapitan Ameryka co rusz umiera i wraca do żywych. Podobnie mają Superman i Batman, profesor Xavier i Ant-Man. W ramach researchu znalazłem informację, że Scott Lang – jeden z Ant-Manów – NAPRAWDĘ zginął w Avengers: Disassembled. Byłem pod wrażeniem, ale krótko – Lang oczywiście cudownie wrócił do życia w serii The Children’s Crusade. Przykłady można byłoby mnożyć w nieskończoność – dosłownie. Pamiętam memy i komentarze wychodzących z kina po Avengers: Wojnie bez granic. Smutek, żal, rozpacz i uczucie pustki i straty. W finale tej opowieści Thanos kasuje pół wszechświata, w tym pół składu Avengersów, wśród nich – Spider-Mana. Miesiąc później sieć zalewają plakaty… nowego Spider-Mana, w sensie – tego samego bohatera, nowego filmu. Ja wiem, że to jest jakaś alternatywna linia czasowa, kontinuum czasoprzestrzenne, wersja B, wersja C, wersja G, że to wszystko da się logicznie wytłumaczyć, biorąc pod uwagę wewnętrzne zasady tego świata. Ale mnie to nie interesuje. Jeśli ktoś umarł na ekranie, a miesiąc potem wychodzi z nim nowy film, to nie ma mowy o prawdziwych emocjach. Pal licho tego wesołego Człowieka-Pająka. Autentycznie go lubię, więc nawet się cieszę, że wraca. Najgłupszym, co zdarzyło się w temacie superbohaterskiej śmierci, jest scena pożegnania Supermana w Batman v Superman: Świcie sprawiedliwości. Pompatyczna, patetyczna, jałowa, rozciągnięta do granic, monotonna i mhhhoczna. Czy był na sali ktoś – ktokolwiek, kto serio uwierzył, że Clark Kent z Kryptonu naprawdę odchodzi na dobre i nie wróci pod jakąkolwiek postacią już nigdy? Pod tym względem dużo bardziej uczciwa jest chociażby J.K. Rowling, która jak już zabije – to zabije, i wszyscy odczuwają skutki tego wydarzenia.

Powiedz mi: umierasz? Bo sprawię, że prawie umrzesz.

Nie zabija się kury znoszącej złote jaja, ale trzeba mieć jaja, żeby zabić jakąkolwiek kurę.

Nie zabija się kury znoszącej złote jaja, ale trzeba mieć jaja, żeby zabić jakąkolwiek kurę. Ludzie od Gwiezdnych wojen, komiksiarze od Marvela i DC wiedzą, że nie ma co zamykać sobie furtki prowadzącej do złotego runa. Można kogoś zabić – ale tak, żeby można było go potem ożywić. Można trochę się pobawić oczekiwaniami, oszukać widza, wycisnąć z niego łzy, a potem podać złoty lek w postaci zmartwychwstania. A ja lubię, gdy jak ktoś już umrze, to na dobre. To znaczy – nie w prawdziwym życiu. Ale w filmie, komiksie i książce już tak. Nawet powrót mojego ulubionego Spocka w trzeciej części kinowego Star Treka (tego starego) mnie uwierał. Ze wszystkich nieszczęść, jakie mogły spotkać tę wspaniałą serię, największym była dziesiąta część – Nemesis, w której zdecydowano się na uśmiercenie świadomości androida, Pana Daty. Data do dziś nie wrócił i czuję z tego powodu autentyczny smutek. Jeśli natomiast wróci – nigdzie niezapowiadany, nigdzie niesugerowany, nikomu niepotrzebny – Imperator Palpatine, to przyjmę chyba postawę Leszka Millera, który chciałby, żeby kłamstwa na temat spraw, których był uczestnikiem, były opowiadane po jego śmierci, a nie – za jego życia.

Ostatnio dodane