search
REKLAMA
Esej

Spowiedź łódzkiego antychrysta, czyli jak ZABIĆ (TO) I WYJECHAĆ Z TEGO MIASTA

Jan Tracz

12 marca 2021

REKLAMA

Tramwaj jadący przez zapadniętą Łódź wygląda jak karoca wioząca drewnianą trumnę na cmentarz. Konduktor, zapewne już od dawna wstawiony, okazuje się biedniejszą wersją biblijnej kostuchy. Nie znajdziemy tu natomiast ciała, które kilka dni wcześniej wydało z siebie ostatnie tchnienie. A jednak tarmoszące wewnętrznie uczucie podpowiada nam, że wokół unosi się przeszywająca nozdrza stęchlizna. Kiedy otworzymy oczy, ujrzymy nie ciało, a ciała, te fizyczne powłoki, które nie leżą jak oszpecony umarlak w trumnie, a siedzą na swoich kilkunastoletnich, rozklekotanych siedzeniach. Skąd zatem ten zapach? Gnuśność ogarnęła łódzki kondukt śmierci, a my, widzowie, z bezradnością przymykamy oczy. W końcu Mariusz Wilczyński postawił nas przed faktem dokonanym – to miasto nie żyje od dawna.

To Miasto

To nie są ludzie, a nieżywe dusze patrzące pustym wzrokiem przed siebie, zaprogramowane, by przez większość swojego żywota trzymać się tego samego schematu, a następnie umrzeć śmiercią (nie)naturalną. Zwieńczenie żywota następuje gdzieś bliżej czterdziestki. Rachunki, kredyty, zdrady, alkohol, niedzielna msza, płaczące dziecko, choroba matki – brzmi jak gra w bingo, tutaj każda odpowiedź wiąże się z otrzymaniem małego fragmentu kostuchy. Pasażerowie tego tramwaju są personifikacją Faulknerowskiej Addie Bundren – mało kto potrafi prowadzić strumień świadomości, od dawna nie żyjąc. Ba, mało kto potrafi codziennie wchodzić do tego podniszczonego wagonu, płacić konduktorowi, siadać na krześle, nie poddawać się jakimkolwiek myślom, prawdzie, marzeniom, refleksjom, tylko dzień w dzień machinalnie wykonywać te same tłamszące czynności. Trzeba dwojga, żeby zrobić człowieka, starczy jedno, żeby umrzeć. Tak oto świat się skończy. Jakby podświadomie wzywali kogoś, kto uświadomi im, że może jeszcze nie wszystko stracone.

Zewnętrzna perspektywa rozszerzy naszą percepcję na wydarzenia, które aktualnie mają miejsce. W pustym wzroku konduktora odnajdziemy wyraz twarzy samego Charona. Każde dwa złote zapłacone za przejazd prawdopodobnie mają równowartość jednego obola. Chociaż to nie rodzina, a państwo, niby z przyjemnością, aczkolwiek, koniec końców, łaskawie w tego obola tych wszystkich „bohaterów” Wilczyńskiego zaopatrza. I ten tramwaj to coś w rodzaju zamkniętej łodzi, zaś podniszczone, jakby podtopione tory stają się polskim odzwierciedleniem Acheronu. Kompletnie nie możemy przyzwyczaić się do tego widoku, a przecież ci ludzie – nie, to już nie są i nigdy nie będą ludzie – nauczyli się tego obskurnego obrazka na pamięć. I słyszą, jak ktoś na dachu bloku, obok neonu z napisem „Sexshop 24/7”, mruczy pod nosem:

Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, ześlij deszcz. Boże Wszechmogący, ześlij deszcz, potężny deszcz, deszcz jak bombardowanie. Ześlij deszcz i zatop to miasto. Zrób to szybko, zanim ktokolwiek zdąży zareagować. Niech woda wyleje się ze Styksu, niech rozleje się po obu brzegach. Wysłuchaj mnie, Boże Przenajświętszy. Amen.

Czy Łódź Wilczyńskiego jest wulkanicznym piekłem, czy jednak bliżej jej do greckiego Hadesu? Odpowiedź znajdziemy gdzieś pośrodku – bo choć Styks stał się nieodłączną częścią miejskiego bytu, sam reżyser jest nikim innym, jak twórczym antychrystem. Nie głosi dobrej nowiny. Przepowiada prawdę, a jego modlitwa do Boga to tylko swoista gra z samym sobą. On zdaje sobie sprawę, że Boga nie ma. Prawdopodobnie jest tego pewien, jest też świadom tego, że w tym mieście nie ma kompletnie nikogo, do kogo mógłby się zwrócić. Nie zostanie wysłuchany, ponieważ nikt go nie usłyszy. Miasto jest głuche, choć przy tym głośne. Pijacki bełkot czy skrzypienie małżeńskich łóżek nie zagłuszają myśli mieszkańców Łodzi. Ich nie ma, pozostała jedynie czarna, pochłaniająca życie pustka. A jednak: antychryst przyjmuje boską konwencję, bo zwracając się do Boga, ma szansę poruszyć te zagubione gdzieś świątobliwe dusze. Bo nieżywe dusze podróżują stadnie, stąd też łódzki Pluton stworzył tramwaje, potrzebował środka transportu na swojej umarłej rzece. Podróżując stadnie, ich (nie)myśli łączą się w pełną (nie)myśl, ich (nie)ciała w jedną całość. Nie zareagują na zaimek osobowy „ty”. Ale mogą, jeśli jeszcze są w stanie, usłyszeć odezwę do Boga, w którego kiedyś zawzięcie wierzyli – w końcu Łódź leży na ziemi święconej, na ziemi katolickiej, pełnej krzyży. W odpowiedzi ludzkie trupy jednym tchem cytują szarą modlitwę Rafała Wojaczka: Żeby (nam) pozwolono coś mieć / Żeby Ciebie / Żeby chociaż na chwilę / Sekundę zachwytu / Śmiercią co zza Twych pleców będzie wyglądała / Żeby nie zabraniano (nam) zapomnieć o życiu. Czyli jednak – szarzy ludzie wciąż modlą się o zbawienie. W tym podupadłym obrazie jest nadzieja. W głębi nieżywej duszy pragną, choć przez chwilę, wieść zwyczajne życie, inne od tej walki o przetrwanie w miejskiej dżungli. Słyszą dobitną prawdę, ale jak mówi niepisane przysłowie, konfrontacja nawet z najgorszą prawdą jawi się bardziej pociągająco niż nieustanne ciągnięcie kuszącego kłamstwa.

Zachęcony antychryst kontynuuje swój śmiertelny psalm, nie daje za wygraną, ze wzmożoną siłą mówi: Boże, kimkolwiek jesteś. Boże naszej galaktyki albo naszego kosmosu, Boże wszystkich wszechświatów, Duchu Święty wszelakich wymiarów nieskończoności, Synu Boży wszechogarniającego rozumu i powszechnej dobroci, Boże, jeśli jesteś gdziekolwiek w bycie i niebycie, Boże, kimkolwiek jesteś, pochyl się nad tą ziemią, nad tą kulą wystrzeloną nie wiadomo przez kogo, co leci w przestrzeń nieskończoną, pochyl się nad tą grudką materii nie wiadomo ile razy spaloną doszczętnie i odrodzoną nie wiadomo przez kogo, wejrzyj na nas, uczepionych tego odprysku, tego rykoszetu lecącego znikąd donikąd, ogrzej strzępem swojej łaski, nakarm kroplą swojej mądrości, skieruj nas w tę stronę nieskończoności, gdzie jesteś Ty, gdzie są nasi bracia i siostry zagubieni w ciągu wieków, jeśli są, jeśli nie sczeźli w nicości.

I wszyscy słyszą. Ta quasi-litania spełnia swoją funkcję. Pasażerowie tramwaju chcą działać; ubiegają się o życie.

Modlitwą Wilczyńskiego jest ten film, a pozytywnym odzewem… fakt, że wszyscy – ja, ty, on, ona, mieszkańcy Łodzi – zaczynają chcieć zabić to i wyjechać z tego miasta. Pragną nie sekundy, a sekund zachwytu. Sekund, minut, godzin, dni, miesięcy. Lat. I tak do śmierci. Chcą być szczęśliwi. Brzmi jak klisza, ale seans tej animacji udowadnia, że odczuwanie szczęścia w dzisiejszej polskiej rzeczywistości może graniczyć z cudem.

Avatar

Jan Tracz

Studiuje filmoznawstwo na uczelni King's College London w Wielkiej Brytanii, aktualnie pisuje dla Papaya Rocks, Noizz i Przeglądu. Współpracował z Rock Radiem, portalem Movies Room, a także publikował dla Tygodnika Solidarność i Filmawki. Czechofil, audiofil i entuzjasta tenisa. Uwielbia wywiady, rozmowa z ludźmi to dla niego sama przyjemność.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA