search
REKLAMA
Felietony

Co dalej z serią o JAMESIE BONDZIE po filmie NIE CZAS UMIERAĆ?

Nie czas umierać to wyraźne zakończenie nie tylko roli Daniela Craiga jako agenta 007, ale też losów postaci, w którą wcielał się od czasów Casino Royale.

Filip Pęziński

8 października 2021

REKLAMA

Niższa półka #6: Co dalej z Bondem po Craigu?

Po prawie 15 latach od premiery Casino Royale za sprawą filmu Nie czas nie umierać końca dobiegła era Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda. Chyba dość zaskakująco okazała się ona najdłuższą kadencją jednego aktora w tej kultowej roli. Biorąc pod uwagę, że film Cary’ego Fukunagi zakończył się standardowym dla serii „James Bond powróci”, trzeba zadać pytanie: co dalej z serią?

Zanim jednak zastanowimy się, jaki powinien być kolejny Bond, prześledźmy dotychczasowe interpretacje tej postaci.

Od Connery’ego do Brosnana

Zacznijmy od samego początku marki, która na wielkim ekranie narodziła się w 1962 roku wraz z premierą Doktora No z Seanem Connerym w roli głównej. Connery – wtedy zupełnie nierozpoznawalny aktor i model – bez wątpienia był punktem odniesienia dla wszystkich kolejnych odtwórców roli i prezentował się jako prawdziwy symbol męskości lat 50. i 60. Dobrze zbudowany i elegancki. Szorstki, ale z poczuciem humoru. Zadbany, ale stawiający głównie na testosteron. Szowinista, który kochał używki, do seksu nie potrzebował zgody partnerki, a przeciwników zabijał bez mrugnięcia okiem.

Od lewej: Sean Connery, George Lazenby, Roger Moore

Na chwilę, dosłownie jeden odcinek, rolę przejął australijski aktor George Lazenby. Ten jako Bond końcówki lat 60. i epoki dzieci kwiatów wprowadził do roli dużo więcej lekkości, zabawy, ale też romantyzmu. Jak na Bonda czasów wolnej miłości przystało, bywał rozwiązły jeszcze bardziej od poprzednika, ale przy tym nie bał się zakochać, a nawet ożenić. Był ironicznym romantykiem, wyglądem przypominającym piątego Beatlesa.

Kolejnym po Lazenbym (i wracającym jeszcze do roli w Diamenty są wieczne Connerym) aktorem, który miał niewątpliwy zaszczyt wcielić się w postać zaufanego agenta Jej Królewskiej Mości, był znany wtedy z brytyjskiego Świętego Roger Moore. W wywiadach aktor wprost przyznawał, że jego wizerunek i aparycja zaprowadziły go w stronę Bonda dużo mocniej stawiającego na humor, ironię i dystans niż na fizyczność. Metoda ta okazała się niebywałym sukcesem. Moore nie tylko zagrał w rekordowej liczbie produkcji o agencie 007, ale też w moim odczuciu okazał się najbardziej uniwersalnym odtwórcą roli. Świetnie wypadał w tych bardziej przyziemnych odsłonach, idealnie pasował do tych naprawdę absurdalnych.

Od lewej: Timothy Dalton, Pierce Brosnan

Kiedy Moore okazał się już za stary do roli (w ostatnim odcinku powoli zbliżał się do sześćdziesiątki), po raz pierwszy wyraźnie i mocno odmłodzono głównego aktora serii. W Bonda w filmach W obliczu śmierci i Licencja na zabijanie wcielił się bowiem Timothy Dalton liczący w dniu premiery tego pierwszego nieco ponad 41 lat. Młodszy aktor okazał się doskonałym przyczynkiem do powrotu do korzeni marki. Jak mówił sam Dalton, zależało mu na uchwyceniu spuścizny Iana Fleminga (autora książkowego pierwowzoru serii). Rzeczywiście, wymienione wyżej tytuły to filmy względnie przyziemne i poważne, prezentujące się niczym Casino Royale i Quantum of Solace lat 80. Taki też był sam Dalton. Chłodny, powściągliwy zabójca. A dodatkowo jak na tę postać dość mało aktywny seksualnie. Co akurat łączyć można z plagą AIDS, z którą zbiegła się kadencja walijskiego aktora.

Wraz z pożegnaniem się z rolą Timothy’ego Daltona skończył się w moim odczuciu pewien ważny etap w historii marki. Kolejny jej reprezentant powstał nie tylko po rekordowej, sześcioletniej przerwie, ale też był pierwszym odcinkiem serii po upadku muru berlińskiego i zakończeniu napędzającej serię zimnej wojny. W moim odczuciu pierwszy postmodernistyczny w ramach tej konwencji Bond. GoldenEye bardzo sprawnie i konsekwentnie okazało się hybrydą wszystkich najważniejszych tropów serii, a wcielający się w główną rolę Pierce Brosnan jako pierwszy odtwórca postaci Jamesa Bonda nie tworzył własnej postaci, ale rysował się jako istny potwór Frankensteina zszyty z elementów wcześniejszych interpretacji agenta 007. Trochę szorstki szowinista jak Connery, trochę romantyk jak Lazenby, trochę śmieszek jak Moore, trochę zimny zabójca jak Dalton. Zresztą Śmierć nadejdzie jutro, ostatni film z Brosnanem, był też ostatnim filmem pierwszej serii przygód Jamesa Bonda. Casino Royale, od wspomnienia którego zacząłem ten tekst, okazał się bowiem pierwszym rebootem marki.

Rewolucja ery Craiga

Z potężnego zakrętu, jakim bez wątpienia był ostatni film o Bondzie z Pierce’em Brosnanem, gdzie główny bohater jeździł już niewidzialnym autem, obronną ręką serię wyprowadził Martin Campbell, reżyser, który wcześniej wyciągnął ją z niebytu przełomowym GoldenEye. Tym razem nie obyło się bez jeszcze radykalniejszych środków. Casino Royale nie stanowiło bowiem kontynuacji czterdziestoletniej serii, ale jej nowe otwarcie. Na ekranie dosłownie pokazano moment, w którym głównym bohater zyskuje status agenta 00, pozbawiono go też wymyślnych gadżetów, kompanów takich jak Q czy Moneypenny, a za to mocno postawiono na ziemi i przekierowano w konwencję brutalnego i względnie realistycznego kina sensacyjnego. Nowy James Bond popełniał błędy, krwawił, cierpiał i kochał.

Casino Royale

Tak to przynajmniej wyglądało w dwóch pierwszych odsłonach serii. Dwie kolejne, wyreżyserowane przez Sama Mendesa Skyfall i Spectre, dodały do Bonda Craiga element samoświadomości, mrugania do widza, nawiązywania do przeszłości. Miejscami trudno było w Bondzie według Mendesa zobaczyć postać z Casino Royale i Quantum of Solace, a bardziej nową wersję Seana Connery’ego (w Skyfall) czy Rogera Moore’a (w Spectre).

Najnowsza odsłona serii – święcące właśnie triumfy w kinach Nie czas umierać – zaskakująco zgrabnie łączy te dwie twarze Craiga jako Bonda, a ostatecznie era tego aktora w roli agenta 007 zapamiętana będzie z jednej strony jako ta, w której Bond stał się dużo bardziej ludzki, szukający bliskości, zrozumienia i miłości, a z drugiej jako jeszcze bardziej świadoma spuścizny kilku dekad marki niż miało to miejsce w filmach z Pierce’em Brosnanem. Dodatkowo czymś, czego na pewno nie można przegapić, jest fakt, że filmy te stały się bardzo serialowe, łączące ze sobą kolejne wątki, postaci, historie. Coś, czego w serii nie było od czasów filmów z Connerym i Lazenbym, a tak wyraźnie – po prostu nigdy.

Co dalej?

Tak jak napisałem w otwierającym ten tekst akapicie, Bond powróci, co zostało zapowiedziane już w napisach końcowych ostatniego filmu, a co potwierdziła niejako główna producentka serii, Barbara Broccoli, informując, że szukanie nowego odtwórcy roli zacznie się dopiero w przyszłym roku.

W jakim kierunku może pójść dwudziesty szósty film marki? Trudno na ten moment jakkolwiek odpowiedzieć na to pytanie, ale Nie czas umierać to wyraźne zakończenie nie tylko roli Daniela Craiga jako agenta 007, ale też losów postaci, w którą wcielał się od czasów Casino Royale. To pierwszy w historii film o Bondzie, który po prostu jest finałem serii. A zatem jedynym logicznym i szanującym widza rozwiązaniem jest zapewnienie marce ponownie nowego otwarcia. Co oczywiście prowadzi do kolejnych pytań. Czy widzowie chcieliby znów oglądać początkującego, nieopierzonego agenta 007? A może lepiej postawić na już ukształtowanego bohatera, który po prostu będzie musiał się zmierzyć z kolejnymi misjami dla MI6? Być może będzie to moment na powrócenie do konwencji bardziej zamkniętych historii, które królowały w filmach z serii od Żyj i pozwól umrzeć aż do Śmierć nadejdzie jutro? Wśród fanów często słychać tęsknotę za tą formułą, ale stałaby ona bez wątpienia w opozycji do współczesnych trendów kina rozrywkowego.

Od lewej: Ralph Fiennes, Ben Whishaw, Naomie Harris

Kolejnym wątkiem związanym z moim zdaniem nieuchronnym rebootem serii pozostaje pytanie, czy wraz z pożegnaniem Daniela Craiga pożegnać mielibyśmy świetną ekipę aktorów drugoplanowych w postaci Ralpha Fiennesa, Bena Whishawa i Naomie Harris (kolejno: M, Q i Moneypenny)? Logika by na to wskazywała, ale nie zapominajmy, że Judi Dench przetrwała pierwszy reset marki i postać M zagrała zarówno u boku Pierce’a Brosnana, jak i oczywiście Daniela Craiga.

A na sam koniec postawmy chyba najważniejsze pytanie: jaki powinien być kolejny James Bond? Kwestie jego rasy czy orientacji seksualnej, które tak często przewijają się przez media, wydają mi się tutaj wtórne i na tym etapie mocno tabloidowe. Dużo bardziej ciekawy jestem, jaki będzie pomysł na charakter tej postaci. Czy uda się wykreować jeszcze Bonda, którego do tej pory na ekranie nie widzieliśmy? Wierzę w to i mam nadzieję, że tak. Osobiście chciałbym zobaczyć po prostu nowoczesnego mężczyznę. Nieuwikłanego zbyt mocno w spuściznę przeszłości, niebędącego dinozaurem z innej epoki. Agenta 007 na miarę XXI wieku.

Filip Pęziński

Filip Pęziński

Wychowany na "Batmanie" Burtona, "RoboCopie" Verhoevena i "Komando" Lestera. Miłośnik filmów superbohaterskich, Gwiezdnych wojen i twórczości sióstr Wachowskich. Najlepszy film, jaki widział w życiu, to "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA