Zestawienie

Zakochany w sobie GENIUSZ. 5 najlepszych ról PETERA O’TOOLE’A

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Maurice, Venus (2006), reż. Roger Michell

Pokazanie wszystkich szaleństw młodości, gdy jest się młodym, nie jest taką sztuką jak pokazanie młodzieńczej siły i namiętności, gdy jest się już starym. Mało więc którym aktorom ta sztuka udaje się na tyle uroczo i autentycznie, żeby na przykład mnie osobiście przekonać. Może też dlatego aktorska starość odchodzi zwykle na drugi i trzeci plan. Wielu aktorów boi się również naturalistycznie ją pokazać, odsłonić swoje doświadczenie jesieni życia, przyznać się, że podnieca ich młodość, mają problemy z erekcją czy też cierpią, gdy wsadza się im palec w odbyt, żeby zbadać powiększoną prostatę. Peter O’Toole w roli Maurice’a takich obiekcji nie miał. Nie miał ich również jego ekranowy partner – Leslie Phillips, któremu Maurice obcinał krogulcze paznokcie. Pozostaje jeszcze miłość czy też erotyczne zauroczenie młodą kobietą. Starszym ludziom odmawia się tego prawa, zarówno w kinie, jak i w realnym życiu. Naturalistycznie przedstawiona starość w wydaniu O’Toole’a została przez niego ogacona niezwykle romantyczną prezentacją uczucia do Jessie, o kilkadziesiąt lat młodszej, nieco zagubionej dziewczyny, przy której nawet śmierć okazała się mniej straszna.

Reginald „RJ” Johnston, Ostatni cesarz (1987), reż. Bernardo Bertolucci

Nauczyciel i mistrz ostatniego władcy Chin. O’Toole w ciągu mijających lat kariery, kiedy zaczęła ona zwalniać, a może po prostu zmieniać swoje oblicze, dojrzał do ról zapełniających tło. Drugie plany wciąż jednak musiały być charakterne, mocno oddziałujące na głównego bohatera, a z drugiej strony pełne zadumy, czasem wręcz nostalgii. Taki był Reginald Johnston. Przygotowanie, które dał cesarzowi, pozwoliło ostatniemu władcy Chin przetrwać w najtrudniejszym dla niego okresie, z drugiej strony nagrodziło bolesną świadomością przemijania. Świat Zachodu w postaci dystyngowanego Johnstona odchodził, starzał się, by na zawsze umrzeć. Peter O’Toole również starzał się, uspokajał, z nostalgią spoglądał na swoje ekscesy w latach 50. i 60. oraz być może naukę, która z nich płynęła. Piękne i jakże smutne jasne oczy naszego solenizanta idealnie wpasowały się w refleksyjną rzeczywistość Bertolucciego. Pewną skazą na filmie i równocześnie roli O’Toole’a jest wpływ chińskich władz na powstanie produkcji. Za pozwolenie na realizację zdjęć w Zakazanym Mieście Bertolucci musiał zaprezentować bardziej ludzką twarz maoistowskich Chin.

Bonus
Generał Tanz, Noc generałów (1967), reż. Anatole Litvak

„To, że jest wojna, nie oznacza, że sprawiedliwość przestała obowiązywać” – jakże egzotycznie brzmi to stwierdzenie w ustach majora (a potem pułkownika) Graua, oficera Abwehry, którego na dodatek gra Omar Sharif. Dzisiaj niektórzy powiedzieliby, że to polityczna poprawność. Wtedy, czyli w latach 60. XX wieku, zapewne wyszło tak przypadkiem. Dzisiaj jednak mówienie o jakiejkolwiek sprawiedliwości wobec dowódców odpowiedzialnych za regularną eksterminację warszawskiej ludności powoduje gęsią skórkę, ale w przypadku Nocy generałów wybielanie nazistów jest jedynie pozorne. Produkcja doskonale pokazuje, jak wysocy oficerowie potrafili się ustawić po wojnie. W tym nasz bohater, generał Tanz, którego odegrał posągowy ideał aryjskiej urody, Peter O’Toole. Tanz był nie tylko żołnierzem i zbrodniarzem wojennym, ale również dewiantem seksualnym. Wzrok O’Toole’a zdradza szaleństwo generała od samego początku, jego fobię wobec kobiecych narządów płciowych, które należy zniszczyć, pociąć, okaleczyć, wykorzenić z tego świata. Wojna w Nocy generałów ma wymiar lokalny, kameralny, a nierozliczenie jej pojedynczych zbrodni składa się na całą jej niesprawiedliwość.

„Skoro dajemy medale masowym mordercom, spróbujmy wymierzyć sprawiedliwość jednemu detaliście” – pięknie powiedziane, znów przez pułkownika Graua.

Ostatnio dodane