Zestawienie

Wolicie BRUTALNE czy NIEWINNE? Najlepsze KOBIECE DUETY filmowe

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Od powstania kino jest sztuką męską, zarówno w formie, jak i doborze aktorów. Problemy egzystencjalne, romanse, zbrodnie i wojny – wszystko to przeżywają na ekranie głównie mężczyźni, owszem, często za sprawą kobiet, ale to oni jako bohaterowie heroicznie wyciskają łzy z widzów. Tym bardziej warto zapamiętać te produkcje, w których to kobiety zagrały główne role, poprowadziły scenariusze, stały się trzonem opowieści, a na dodatek stworzyły znakomite duety, nie zawsze jednorodne moralnie, czasem sprzeczne, ale zawsze kończące filmowe historie tak, jak nie powstydziliby się tego męscy aktorzy.
Geena Davis, Susan Sarandon, Thelma i Louise (1991), reż. Ridley Scott

Doświadczenie w kreowaniu silnych bohaterek okazało się Ridleyowi Scottowi niezbędne przy tworzeniu tego już ikonicznego filmu. Bo czym tak naprawdę różni się duet Davis/Sarandon od Ellen Ripley? Prócz odmiennych warunków środowiskowych, zarówno członkini załogi Nostromo, jak i dwie spokojnie żyjące sobie nad wyraz przeciętne kobiety, stają w obliczu zupełnie niezawinionego przez nich rozpadu ich dotychczasowego świata. To czynniki zewnętrzne rzucają je w wir niekończącej się i tragicznej ucieczki. Dla Thelmy i Louise jest to gwałt i obrona przed nim za pomocą morderstwa, dla Ripley istota z kosmosu zwana enigmatycznie i symbolicznie Obcym. W obydwu tych światach kobiety solo bądź w duecie fizycznie walczą o ocalenie siebie. A rzeczywistość, pełna agresji, siły i cech przypisywanych głównie męskiemu pierwiastkowi stopniowo spycha je dosłownie na samą krawędź. Dobrze, że Thelmę & Louise zrobił więc Scott, reżyser, który nie boi się opierać na kobietach ciężaru całej filmowej historii. Mógł oczywiście zrobić więcej dubli z Geeną Davis, która do wybitnych aktorek nie należy, co widać szczególnie na tle Susan Sarandon, ale i tak nakręcił film pamiętny z jednym z najbardziej znanych kobiecych duetów.

Adrianna Biedrzyńska, Maria Pakulnis, Pajęczarki (1991), reż. Barbara Sass

Pajęczarki to taki nasz rodzimy sztandarowy przykład produkcji z początku lat 90., w której szwankuje dosłownie wszystko, no, może prócz muzyki Piotra Rubika i najazdu na upragnione przez postkomunistyczne pokolenie polskiej młodzieży logo Pumy na podeszwie sportowego buta. Tak, tak, to też symboliczne, ów głód zachodnich marek. W filmie Yuma znakomicie pokazał to Piotr Mularuk aktorskimi rękami Jakuba Gierszała. Natomiast Barbarze Sass poszło nieco gorzej, może ze względu na czasy, ale i tak duet Biedrzyńska/Pakulnis (czyli polska wersja Spidermana – sic!) jak na polskie kino jest jednym z bardziej pamiętnych. Mimo więc koszmarnie zsynchronizowanego dźwięku, latającej na jakichś tajemniczych wybojach kamery i zupełnie niezrozumiałych zabiegów montażowych, tytułowe pajęczarki dają widzowi mnóstwo nieskrępowanej rozrywki i coś, co nazywa się naszym czysto po polsku zlokalizowanym realizmem, doskonale czytelnym dla ludzi z czasów przełomu ustrojowego. A dla młodszych widzów treść produkcji może stanowić komediową egzotykę, o tym, jak to kiedyś obracało się prawdziwymi milionami na Stadionie Dziesięciolecia albo trzymało się je między świeżo wyprasowanymi prześcieradłami. A jak duet wypada aktorsko? Nadzwyczaj poprawnie. Między Adrianną Biedrzyńską i Marią Pakulnis nie ma żadnej przepaści warsztatowej. Gdyby jeszcze dźwięk był nieco lepszy… No i gdyby pająki faktycznie tak chodziły po gzymsach, szybko by wyginęły.

Bibi Andersson, Liv Ullmann, Persona (1966), reż. Ingmar Bergman

Nie ma drugiego takiego filmu. Nie ma drugiej takiej sfilmowanej relacji między kobietami. Nie ma drugiego takiego chłodu bijącego z ekranu, a jednocześnie namiętności, przez którą trzęsie się całe życie. Nie ma drugiego takiego obnażenia egzystencjalnych kłamstw, z których wyjściem jest radykalna ucieczka. W co? Śmierć? Zatem popełnić samobójstwo? O nie. Nie godzi się, nie wolno, niezgodne jest to z powinnością, ale znieruchomieć już tak, owszem, można. Zamknąć się szczelnie, niemal jak przed promieniowaniem bomby atomowej. Udawać, że się nie czuje, nie doświadcza życia, kontestuje potrzeby w imię wpojonych zasad. Żadne jednak zamknięcie personalne nie jest szczelne – życie wsącza się w nas niepostrzeżenie, a my musimy reagować. Musimy, bo tak jesteśmy skonstruowani. A te reakcje nas wyprowadzają z równowagi, bo przecież się zamknęliśmy, chcieliśmy być unicestwieni, pragnęliśmy nie wywoływać żadnej uwagi. A tak się nie da. Ponosimy więc i tu porażkę, bo nawet psychicznie nie udaje nam się umrzeć, chociaż bardzo chcemy. Trwamy więc nieruchomo, aż nastaje zaplanowana przez biologię śmierć. Która z tych Bergmanowskich kobiecych postaci chce jej bardziej, czy milcząca Elisabet Vogler (Liv Ullmann), czy gadatliwa, niezbyt świadoma swojego zagubienia pielęgniarka Alma (Bibi Andersson)? W tym opisie mającym około tysiąca siedmiuset znaków nie sposób odpowiedzieć na to pytanie. Mam nawet wątpliwości, czy sam Bergman, tworząc ten duet, miał na ten temat jasną odpowiedź. Bo może nie stworzył klasycznego duetu, a prawdziwy czworokąt, i to za pomocą dwóch aktorek. Może sam bał się radykalnego stwierdzenia, że można być dwoma osobami jednocześnie, tą zamkniętą, wyłączoną i tą na pokaz, zatrzaśniętą w obowiązku uzewnętrzniania życia.

Magdalena Boczarska, Julia Pogrebińska, W ukryciu (2013), reż. Jan Kidawa-Błoński

Przez chwilę miałem wrażenie, że Jan Kidawa-Błoński ma iście bergmanowskie ambicje, żeby wniknąć w naturę relacji między dwiema kobietami tak głęboko, jak szwedzki reżyser. To jednak nie ta forma, zbyt płytko napisany scenariusz, niemal prostackie w porównaniu z Bergmanem dialogi, chociaż miejscami szanse były. Ogólnie reżyser i scenarzysta odważyli się na dość kontrowersyjny temat lesbijskiej relacji w czasie wojny między Polką i ukrywającą się u niej Żydówką. Polka wykorzystuje Żydówkę, ale nie dla pieniędzy, lecz by zaspokoić swoją emocjonalną i seksualną potrzebę współbycia z drugim człowiekiem. Mimo że widać okropną dysproporcję między dramatycznymi umiejętnościami Magdaleny Boczarskiej i Julii Pogrebińskiej (na korzyść tej pierwszej, rzecz jasna), ich duet aż do końca filmu nie rozpada się, a nawet funkcjonuje znacznie lepiej, gdy jedna z nich popada w coraz większy obłęd z powodu strachu przed odkryciem, a druga nieświadomie staje się jej ofiarą. To rodząca się między nimi chora więź ratuje film Kidawy-Błońskiego przed tymi negatywnymi wrażeniami, które pozostają po słabych efektach specjalnych, bełkotliwej wymowie szybszych kwestii przez aktorów i bardzo wąskich, oszczędnych plenerach. Poza tym jest jeszcze coś, co udało się Boczarskiej – sugestywnie pokazała, jak człowiek nieskutecznie broni swojej wizji rzeczywistości, która jest kłamstwem, i jak bardzo nie chce zaakceptować innej. Być chorym z miłości to właśnie kochać naprawdę.

Ostatnio dodane