Zestawienie

USUNIĘTE sceny tak GŁUPIE, że trudno uwierzyć w ich powstanie

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Montaż to być albo nie być każdej produkcji. Znaczenia wyborów podjętych przy cięciu i montowaniu materiału filmowego po prostu nie da się przecenić. W tym tekście nie chodzi jednak o konstrukcję poszczególnych scen ani o tempo całości. Tutaj chciałbym zrobić dwie rzeczy: pochwalić decyzje o wycięciu mniej lub bardziej fatalnych scen i zarazem zganić decydentów odpowiedzialnych za ich powstanie. Te wybory uratowały opisywane filmy przed naprawdę kompromitującymi momentami, a w jednym przypadku stawką był ostateczny wydźwięk całej produkcji. Oto zestawienie fatalnych scen, które na całe szczęście pozostały w montażowni i nie trafiły do finalnych wersji przywołanych dzieł. 

Gwiezdne wojny: Część III – Zemsta Sithów – Anakin mówiący językiem astromechów + śmierć Shaak Ti

Misja odbicia kanclerza z rąk Separatystów ma kilka głupkowatych momentów (z żałośnie jęczącymi droidami bojowymi na czele), ale dopiero po obejrzeniu tych scen rozumiemy, jak źle to wszystko mogło wyglądać. Po pierwsze, zatrzymanie całej akcji po to, by Anakin mógł na głos zastanawiać się nad znaczeniem beep wydanego przez R2D2, to pomysł dziwaczny sam w sobie. Jakby tego było mało, młody Skywalker zdaje się wydawać identyczne beep własnymi ustami, co nie ma żadnego sensu, nawet w świecie Gwiezdnych wojen (niektórzy twierdzą, że on tylko odtwarza dźwięk z komunikatora i rusza ustami dla żartu, ale to równie głupie). Całą scenę pogrąża również wybitnie drewniane wypowiadanie kwestii przez Christensena i (nieco mniej, ale wciąż) McGregora.

Chwilę później dochodzi do alternatywnej wersji spotkania z generałem Grievousem, który wypada tu znacznie bardziej nieporadnie niż w finalnej wersji. Jego zabicie nieznanej dla większości widzów Shaak Ti wydaje się kompletnie zbędne i pozbawione ładunku emocjonalnego, także dla dwójki protagonistów, dowcipkujących jak gdyby nic. Fraza „śmierdzący Jedi”, która poprzedza mord, nie pomaga scenie i wydaje się wybitnie dziecinna. To jednak małe piwo w porównaniu z niesłychanie niezręcznym momentem ustalania planu przez otoczonych Jedi. Pomimo tłumu celujących do nich droidów, Anakin i Obi-Wan poświęcają prawie pół minuty na muskanie twarzy i kręcenie wąsem w próbie porozumienia się, co do wyjścia z tej podbramkowej sytuacji. Z wielką chęcią zobaczyłbym ten moment z perspektywy stojącego jak kołek Grievousa albo któregoś z jego blaszanych poddanych. Dwaj panowie w końcu postanawiają wyryć dziurę w podłodze i uciec przez bak paliwowy wielkiego statku. Reszta tej sceny to kolejne kiepsko napisane i kiepsko zagrane dialogi i choć zamysł – ukazanie przyjacielskiej relacji obu bohaterów – jest dobry, tak jego mizerne wykonanie po prostu zdumiewa.

Terminator 3: Bunt maszyn – Ujawnienie genezy wizerunku T-800

Bunt maszyn niejednokrotnie zakrawa na komedię i zarazem parodię serii, ale to jest moment, w którym twórcy zdecydowanie odlecieli. Pokazane jest nam bowiem, komu T-800 zawdzięczają swoje szlachetne rysy. Nie jest to fatalny pomysł, a uczynienie oficera wojskowego twarzą nowej serii zabójczych maszyn ma sens. Problem w tym, że rzeczony sierżant William Candy (grany przez Schwarzeneggera) jest kompletnym idiotą. Uśmiech wioskowego głupka, kreskówkowo przerysowany południowy akcent – trudno mi sobie wyobrazić lepszy sposób na zabicie grozy, którą T-800 wzbudzał w pierwszej i najlepszej części serii. Chcecie więcej? Jeden z ważniaków oglądających zapowiedź nowych maszyn do zabijania, stwierdza, że nie podoba mu się akcent Candy’ego, na co jeden z naukowców odpowiada mu głosem Schwarzeneggera: Naprawimy to. Jedno jest pewne – nic nie naprawiłoby szkód, jakie wyrządziłaby ta scena finalnej wersji Buntu maszyn.

Powrót do przyszłości – Obawy Marty’ego

Sukces Powrotu do przyszłości i jego sequeli to w dużej mierze zasługa sympatii, którą wzbudzają Marty i Doc. Z pewnością pozytywny obraz bohaterów mógłby nieco ucierpieć, gdyby pozostawiono w filmie rozmowę na temat udawanej randki Marty’ego z młodszą wersją jego matki. Doc sprzedaje mu bowiem dość obleśną radę, mrugając przy tym okiem i sprawiając wrażenie stereotypowego wuja z wąsem. Marty zaczyna natomiast poważnie się obawiać czy całe to doświadczenie (które nazywa obmacywaniem własnej matki) nie zrobi z niego geja. Cała scena wywołuje zgrzytanie zębów i zarazem poczucie ulgi – całe szczęście, że nie zdecydowano się tego zachować.

Ostatnio dodane