Zestawienie

ŚWIETNE filmy, które były nominowane do ZŁOTYCH MALIN

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Transformers: Wiek zagłady (2014), reż. Michael Bay (nominacja)

Nie jestem fanem Transformers, ale również nie pałam do nich jakąś wyjątkową niechęcią. Zarzuty w postaci utyskiwań, że w filmie nie ma żadnej magii, jak np. w dziełach Spielberga, który tę część produkował, wkładam między mokre sny widzów o idealnych blockbusterach zadowalających każdego. Transformersi wcale nie muszą mieć w sobie jakiejś magii, gdyż są filmem akcji z elementami sci-fi, realizowanym zgodnie z teledyskowymi założeniami Baya. To jest wybuchowa rozrywka złożona z popkulturowych elementów, które doskonale znamy, i tego właściwie reżyser nie ukrywa. Moim osobistym zarzutem jest zbytnie wymachiwanie amerykańską flagą, co się zdarza w większości filmów superbohaterskich, jednak nie jest to machanie w stylu Armageddonu, gdzie faktycznie Bay przeszedł samego siebie, gdy chodzi o kreację patosu. Ta część Transformers, podobnie jak i cała reszta trzyma się pewnych luźnych zasad. W końcu źródłem sagi były zabawki.

1000 lat po Ziemi (2013), reż. M. Night Shyamalan (nominacja)

Mam wrażenie, że Shyamalan ma tyleż fanów, co zatwardziałych antyfanów. Można go albo uwielbiać, albo nie znosić. 1000 lat po Ziemi nie jest kinem artystycznym, a wybitnie familijnym. Świat przedstawiony został zaprojektowany jako drugorzędne tło dla zmagań głównych bohaterów. Bardziej chodzi o dojrzewanie, przemianę relacji ojciec–syn oraz modyfikację podglądów i odczuć samego ojca. Reżyser wyraźnie rozgraniczył w produkcji wprowadzenie, rozwinięcie i kulminację, dzięki czemu opowieść jest czytelna dla widzów o bardzo szerokim zakresie wieku. Sama zaś tematyka science fiction pozostaje dodatkiem do obyczajowej przypowieści, w której ojciec i syn zmagają się z sytuacją graniczą, a dzięki niej uczą się, jak wiele stracili, akceptując obyczajowe i kulturowe nakazy, jak powinni się wzajemnie traktować. Może ta Złota Malina została przyznana z powodu zbyt małej ilości sci-fi w sci-fi.

Ostatni władca wiatru (2010), reż. M. Night Shyamalan (wygrana)

Nie widzę żadnej porażki, a magiczne i międzypokoleniowe oddanie ducha komiksu i serialu (Awatar: Legenda Aanga) w filmie pełnometrażowym, z wszystkimi jego zaletami i ograniczeniami. Fani animacji uprawiają czepialstwo, co jest i normalne, i w sumie nagminnie się zdarza w wypadku produkcji fabularnych wzorowanych na innej formie wizualnej narracji. Mówi się o złym aktorstwie. Niech fani więc obiektywnie spojrzą na serial i rysowane wyrazy twarzy Aanga. Tutaj faktycznie można mówić o dwóch czy trzech minach, a w filmie Noah Ringer ma ich jednak znacznie więcej. Shyamalan zachował umiar między ilością poruszanych wątków, podbudową metafizyczną a żywą akcją. Stworzył kino rozrywkowe kierowane do młodszych widzów oraz ich rodziców. Cóż w tym złego?

Transformers: Zemsta upadłych (2009), reż. Michael Bay (wygrana)

Czy naprawdę poważnym zarzutem jest np. film dla dzieci, film napisany dla nieletnich itp.? Czy aby nie to zdecydowało o Złotej Malinie, owa zabawkowość produkcji, luz, niemal dziecięcy, a może już nastoletni, bo przecież jest Megan Fox? Czasem wydaje mi się, że będąc dorosłymi, nasza dorosłość przeszkadza nam w ocenie, bo jest taka buńczuczna, napompowana, inteligencka, a przecież nie jest żadnym wstydem bawić się jak dziecko, gdy ogląda się samochody zamieniające się w roboty. Piszę to z całą odpowiedzialnością, gdyż widziałem wszystkie części Transformers, nie uważam się za ich fana ani też nie bawiłem się jako dziecko samochodami-robotami, bo moich bliskich nie było na nie po prostu stać, a mimo wszystko rozumiem, że te filmy mogą się podobać. Pierwsze części sagi Michaela Baya odebrałem pozytywnie, to znaczy rozrywkowo, niezobowiązująco i jednocześnie daleko od kinowego artyzmu, który w produkcjach science fiction czasami się jednak zdarza na poziomie równym z kunsztem dramatyzmu Bergmana czy Formana. To nie ta bajka, nie to zadanie, co wcale nie rzutuje na wartość tytułów. Bay dopiero później zaczął popadać w niebezpieczny patos, co mam mu za złe. Transformers: Zemsta upadłych sprawiła jednak, że te chwile spędzone z filmem uznaję za przyjemniejsze, niż gdybym robił coś innego, np. oglądał Wiadomości TVP czy nawet zmuszał się do filozofowania przy Żródle Darrena Aronofsky’ego. Zadanie rozrywkowe zostało więc spełnione. Nie rozumiem więc zupełnie, za co została przyznana ta Złota Malina.

Pluto Nash (2002), reż. Ron Underwood (nominacja)

Zastanawiałem się, czy może nie zamienić Pluto Nasha na Gwiezdne wojny: Atak klonów, produkcję również skrzywdzoną nominacją do Złotej Maliny. W ostatecznym rozrachunku stwierdziłem jednak że sadze George’a Lucasa żadna Malina nie zaszkodzi, bo to biznesowe imperium z miliardowymi zyskami. Pluto Nash zaś jest produkcją małą, często hejtowaną, którą może dobić przyprawianie malinowego nosa, i to podwójnie, bo prócz nominacji w kategorii „Najgorszy film 2003”, w 2005 roku przytrafiła się jeszcze jedna, na 25-lecie Złotych Malin w kategorii „Najgorsza komedia”. Hejt osiągnął apogeum. W przypadku takiego filmu więc zawsze należy podkreślać, że mimo tej stygmatyzującej nagrody wciąż jest kinem o wybitnych walorach rozrywkowych, a przy tym o ciekawym wizualnym, nieco mrocznym klimacie nawiązującym nieco do Gilliamowskiej stylistyki. Może wtedy jakaś mała część widzów nie zniechęci się opiniami krytyków i zechce wyrobić sobie własną.

Ostatnio dodane