Zestawienie

SŁABE FILMY, KTÓRE NIE ZASŁUŻYŁY NA SWÓJ SUKCES

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Były przebojami kin, zarabiającymi krocie gorącymi tytułami, które często chwalili także krytycy. Szybko zaczęły okupować nie tylko box office, ale i różnorakie listy „naj”, niekiedy z miejsca ogłaszane były też filmami roku bądź swoistą rewolucją. A tymczasem w rzeczywistości okazywało się, że to w najlepszym wypadku wiele hałasu o nic, a w najgorszym czystej wody chłam. Oto kilka przykładów „super” produkcji, których sukces nie przystaje do jakości.

Alicja w Krainie Czarów

Film, który z całego świata zebrał aż ponad miliard dolarów.

Tima Burtona koszmar nie z tego świata, dodatkowo w 3D – w 2010 roku nadal będącym popularnym narzędziem Hollywood. To ostatnie tłumaczy więc poniekąd gigantyczny zarobek filmu, który z całego świata zebrał aż ponad miliard dolarów (!!!). Jasne, to kolorowe cudo pewnie było w stanie choć trochę przemówić do dziecięcej widowni. Ale tylko trochę, bo nawet patrząc z tej perspektywy, jest to niesamowicie chaotyczne kino, które tonie nie tylko pod natłokiem kolorów, lecz przede wszystkim – ogromnej ilości wylewającego się z ekranu CGI. Czerstwe żarty, przeszarżowane aktorstwo i ogólny bałagan to kolejne grzechy tej mało przejmującej historii, która wszak pod płaszczykiem kina familijnego powinna przemycać też treści czysto dorosłe. Niestety w przeciwieństwie do oryginału nie robi nawet tego.

Ciche miejsce

Świeżynka, która dla wielu z miejsca stała się horrorem roku. I duży sukces finansowy, ponieważ przy niewielkich kosztach rzędu dwudziestu milionów dolców, projekt ten zarobił ich ponad trzysta. Promocja i słowo na tak zwanej ulicy zrobiły zatem swoje. Tymczasem pozycja ta niczym nie wyróżnia się od innych straszaków. Fabuła, oparta na niezłym, acz niekonsekwentnie przedstawionym punkcie wyjścia i pomyśle ciszy, pełna jest typowych dla gatunku grzeszków i idiotycznych rozwiązań akcji. Wbrew pozorom schemat goni tu schemat, a każda kolejna minuta projekcji powoduje jedynie coraz więcej wątpliwości, których zwieńczeniem jest koszmarny finał, jakby żywcem przeskakujący nagle do czystego kina akcji klasy B. „Przereklamowany” – to idealnie pasujące do tego dzieła słowo.

Kod da Vinci

Ekranizacja najsłynniejszej książki Dana Browna, swego czasu także wielkiego przeboju czytelniczego. Nie powinno zatem dziwić, że jej filmowa wersja zdołała dobić do ponad siedmiuset milionów zysku. A jednak… Produkcja Rona Howarda może pochwalić się co najwyżej zaskakująco dobrą i dojrzałą ścieżką dźwiękową Hansa Zimmera. Gdy wyciąć ją z filmu, nie zostaje w sumie nic godnego uwagi. Cały klimat opisywanej na kilkuset stronach historycznej przygody został tu sprowadzony do drętwego aktorstwa, makabrycznych dialogów i topornej akcji. A dwie i pół godziny seansu robią swoje – film jest nudny, mało angażujący i dłuży się niemal cały czas. Gwoździem do trumny są tu także wzięte wprost z książki idiotyzmy, których na dużym ekranie zwyczajnie nie sposób kupić. Zatem siedemset milionów zysku? Serio?

Mroczny rycerz powstaje

To film po prostu zły do bólu.

Christophera Nolana zwieńczenie trylogii o Batmanie nie było pierwszym filmem superbohaterskim, któremu pękł miliard dolarów wpływów, ale i tak jest to wynik imponujący. Zwłaszcza że w porównaniu do debiutujących w tym samym roku Avengers podnoszący się ciemny gacek to film po prostu zły do bólu. Kuleje tu wszystko – od bezsensownej na każdym możliwym poziomie fabuły, przez tekturowych (super)bohaterów i napuszone dialogi, a na wydumanych scenach akcji, w których nawet kaskaderka ewidentnie nie trzyma się kupy, skończywszy. Fatalne zakończenie? Jest. Idiotyczne twisty? Są. Jeszcze gorsza scena śmierci? Też jest. Słowem: mają tu wszystko, tylko że nic nie jest warte złamanego grosza, a co dopiero miliarda zielonych, wielu nominacji do wielu nagród i miejsca w rankingu najlepszych filmów wszech czasów.

Ostatnio dodane