Zestawienie

Seriale z DOBRĄ fabułą, ale FATALNĄ obsadą

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Fatalną lub po prostu źle realizującą założenia przedstawionej w danym serialu historii, lecz artystycznie niekoniecznie złą. Określenie FATALNY jest o tyle niefortunne, że nie pozostawia marginesu do dyskusji. Owszem, w większości zaprezentowanych tu przypadków nie powinno, gdyż zaproponowane przez twórców obsady są tak niedostosowane do opowieści, że aktorów należałoby bez zbędnych sentymentów natychmiast wymienić. Istnieją jednak wyjątki. Historie przedstawiane w serialach mają pewną charakterystyczną cechę – są długie, dzięki czemu dokładnie przedstawiają wydarzenia. Widzowie mogą zatem o wiele bliżej niż w filmie pełnometrażowym zapoznać się z aktorami. Spotykają się z nimi przez wiele odcinków i oglądają ich w różnych sytuacjach, budując w ten sposób własny obraz serialowego świata. Należy więc przykładać wielką wagę do dobierania serialowych obsad, zwłaszcza gdy produkcje te odwołują się do już obecnych w kulturze seriali, których są remake’ami lub swobodnymi interpretacjami. Nie zawsze się ta sztuka udaje, czego niechlubnych reprezentantów mamy także w polskim kinie.
I kto tu rządzi? (2007–2008), reż. Maciej Ślesicki

Pomysł na fabułę tego serialu był samograjem i receptą na sukces. Historia wdowca Tomka, który ze szczytu zawodowej popularności jako pierwszoligowy piłkarz spada do poziomu gosposi w bogatym domu. Wprowadza się do niego z córką, z czasem nawet staje domownikiem, a jego relacja z nieradzącą sobie z prowadzeniem gospodarstwa domowego Agatą jest kanwą wszelkich śmiesznych sytuacji w serialu. Jak można taki pomysł zmarnować, żeby widzowie pamiętali tytuł jako obraz komediowej nędzy i kompromitacji aktorskiej? Wystarczy zatrudnić Bogusława Lindę i Małgorzatę Foremniak. Maciej Ślesicki zachował się wyjątkowo nieobiektywnie. Sitcom mający odnieść sukces i zgromadzić przez telewizorami rzesze widzów w różnym wieku potrzebuje aktorskich osobowości radzących sobie w komediach sytuacyjnych. Nie wystarczy sentyment reżysera do swojej radosnej twórczości w postaci Sary czy Taty. Doceniam próby wyjścia z pudełka Bogusława Lindy w formacie sitcomu. Sensacyjna sztywność i przedramatyzowane emocje w głosie nie pozwoliły mu jednak na luz charakterystyczny np. dla Tomasza Karolaka czy Jacka Braciaka. Podobnie z Małgorzatą Foremniak.


Wersja skrócona


MacGyver (2016–), reż. m.in. Stephen Herek

W latach 80. grał go Richard Dean Anderson. Aktor już wtedy zbliżał się do czterdziestki, a mimo to zachował swobodny, niemal chłopięcy sposób bycia – idealne połączenie dojrzałej młodości z wiarygodnym dla widza doświadczeniem. Najnowszy MacGyver, w którego wcielił się Lucas Till, nie miał 30 lat, kiedy zaczynał grę w serialu. Na dodatek nie ma w nim tego luzu charakterystycznego dla Andersona. Gdzieś zupełnie ulotnił się klimat starej wersji serialu, mimo że historie zaprezentowane w poszczególnych odcinkach nie ustępują tym z produkcji Lee Davida Zlotoffa. Przyczyna tkwi w aktorach, którzy nie zdołali stworzyć charakterystycznych kreacji. O Richardzie Deanie Andersonie już wspominałem. Otoczenie MacGyvera również jest zupełnie nijakie – weźmy na przykład Jacka Daltona, którego w poprzedniej wersji grał rubaszny i śmieszny Bruce McGill. Teraz postać Daltona nie wiedzieć czemu odmłodniała (George Eads), a przy tym straciła cały urok. W ogóle obsada serialu wydaje się jakby wyjęta z taniej opery mydlanej z zacięciem sensacyjnym.

30 srebrników (2020), reż. Álex de la Iglesia

Obsada w tym przypadku nie jest fatalna, lecz nie do końca wykorzystuje możliwości fabularne produkcji. Widziałbym tu nieco innych aktorów, którzy lepiej wydobyliby z tej niesamowicie abstrakcyjnie zaprojektowanej historii całą jej dziwność i kontrowersyjność. Teraz, mimo niewątpliwej doskonałości, zbyt dużo w niej momentów sugerujących kino klasy B, a nawet Z. Nadziei na wzmocnienie wydźwięku serialu upatruję więc w trochę bardziej znanych w świecie aktorach. Piszę oczywiście z punktu widzenia polskiego widza. Przede wszystkim zamiast Eduarda Fernándeza w roli księdza Vergary obsadziłbym Toniego Servillo, bądź co bądź mającego doświadczenie w graniu bohaterów biorących udział w bardzo abstrakcyjnych historiach. Następnie mistrz nierozgarnięcia i niezdecydowania, czyli Miguel Ángel Silvestre jako Paco. Wiem, że miał odegrać rolę urzędniczego fajtłapy, jednak wciąż mam w pamięci Álvaro Morte, profesora z Domu z papieru. Morte o wiele lepiej zrealizowałby ekranową transformację burmistrza małego miasteczka w nieugiętego wojownika specjalizującego się w starciach z armią ciemności. Kobiece role są dobre i bym ich nie zmieniał, podobnie znakomitego Cosima Fusco. Do rozważenia pozostaje Manolo Solo jako kardynał Santoro.

Dzieci Syriusza (1984), reż. Chris Bailey

Obok Głosów z zewnątrz (Tajemniczy duch), Janki, Siedmiu życzeń i kilku innych tytułów był to mój ulubiony serial dzieciństwa. Wtedy, w latach 80., w telewizji nie było zbytnio co oglądać. Czas spędzało się raczej na powietrzu albo przy książkach. Ale już wtedy dało się odczuć, że niektóre filmowe dzieci lubi się bardziej, a niektóre mniej. Te z Tajemniczego ducha były jakieś takie bliższe, naturalniejsze, cieplejsze. Natomiast te z Dzieci Syriusza nieprzystępne, zwłaszcza Sarah Dunn, której zresztą nigdy później nie widziałem w żadnym filmie. Trudno mi konkretnie wybrać, kim mogłaby zostać zastąpiona z nowozelandzkich i australijskich aktorek dziecięcych. Wiem jednak, że znakomita fabuła Dzieci Syriusza została zmarnowana przez braki w rzemiośle aktorskim. Najbardziej zapadła w pamięć siejąca postrach na gospodarstwie stokrotka. Dorośli bohaterowie również nie przyczynili się do stworzenia unikalnego klimatu w serialu, jak np. w Jance czy w Urwisach z Doliny Młynów.

Ostatnio dodane