Autor: REDAKCJA
opublikowano

ROMAN POLAŃSKI. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Roman Polański to z całą pewnością reżyser niepokorny i twórca mocno kontrowersyjny zarówno w życiu, jak i na ekranie. Jego filmom często towarzyszyła aura skandalu, a zdarzało się i tak, że bywały wręcz przytłaczane tym, co działo się na planie i poza nim. Za chwilę do kina zawita najnowsze dzieło artysty, Oficer i szpieg.

Z tej okazji przyglądamy się i oceniamy wszystkie jego poprzednie dokonania, do czego zachęcamy również naszych czytelników.

Marcin Kempisty: Uwielbia niektóre filmy Polańskiego, niektóre uważa za przesadnie przecenione, na niektóre nie spojrzy już po raz kolejny. Mimo wszystko traktuje polskiego reżysera jako jednego z najbardziej wpływowych twórców w historii kina, który potrafił wielokrotnie stworzyć wspaniały mariaż kina artystycznego (autorskiego) z gatunkowym.

Jacek Lubiński: Fan ogólnej twórczości reżysera, ale podchodzący z rezerwą do poszczególnych jego filmów, w których Polański potrafi się czasem zapędzić, ocierając o kicz i banał. Uważa go za jednego z najważniejszych współczesnych polskich twórców kina i, paradoksalnie, za niezbyt polskiego reżysera, co ma związek nie tylko z tym, że Polański większość swoich dzieł zrobił poza granicami ojczyzny, ale też z jego stylem opowiadania.

Uwaga! Na ostatniej stronie czeka na was ankieta!


Nóż w wodzie

(1962)

Marcin Kempisty: Już w debiutanckim filmie ujawniły się wszystkie cechy charakterystyczne dla późniejszej twórczości Romana Polańskiego. Reżyser znakomicie czuje się w prowadzeniu niewielkiej liczby aktorów i przypatrywaniu się, jak narasta między nimi agresja. Od samego początku sygnalizuje perfekcję w kadrowaniu klaustrofobicznej przestrzeni, choć w Nożu w wodzie funkcjonuje ona na zasadzie paradoksu – niby jezioro i wolność, a jednak ciasna łódka. Po trzecie, i chyba najważniejsze, Polak podszywa się pod konwencje, prawdziwe zamiary ukrywając pod gatunkowym sztafażem. W przypadku debiutu miłość do hitchcockowskiego thrillera przybiera szaty „kina społecznego”.

Ale nawet pozostając na powierzchni znaczeń, należy docenić Nóż w wodzie za sugestywną reprezentację napięć między dwoma pokoleniami: starszym, sytym i dobrze usytuowanym, i młodszym, zagubionym, niepotrafiącym dopasować się do warunków, w jakich przyszło mu żyć. Z pozoru niewinna wyprawa nad jezioro staje się przyczynkiem do weryfikacji dotychczasowych poglądów, do zderzenia z całkowicie innymi światopoglądami. Jednak dialogi Malanowicza, Niemczyka i Umeckiej nie są tylko szczerymi, pełnymi bólu rozliczeniami. Obok bowiem toczy się inna gra między dwoma mężczyznami o serce jedynej kobiety. Pojedynek na męskość przybiera niekiedy formę karykaturalną, znakomicie uchwyconą przez kamerę za pomocą śledzenia trajektorii noża, którym tak zamaszyście wymachują obaj bohaterowie. Mylnie kojarzony z Francuską Nową Falą Nóż w wodzie jest znakomicie skonstruowanym thrillerem, którego siła tkwi również w formie: czarno-białych kadrach, a także melancholijnej muzyce Krzysztofa Komedy.

 ⑦

Jacek Lubiński: Bardzo udany debiut, do którego lubię czasem wrócić. Nie jest to może jakieś wybitne arcydzieło, ale jednak niezwykle sprawne, intrygujące, niegłupie kino. Takie, w którym diabeł tkwi w szczegółach. Mimo dość skromnego zaplecza i kameralności historii, Polański doskonale panuje nad materiałem, już tutaj niemal w pełni kształtując swój warsztat i zainteresowania. Ograniczona liczba bohaterów i lokacji, klaustrofobiczne kadry, które wypełniają nie tylko mazurskie krajobrazy, także atmosfera nieufności, podskórnego zagrożenia, a nawet psychodelii. Do tego liczne niedopowiedzenia oraz seks – tutaj jeszcze w miarę stonowany, ale wyraźnie obecny, podobnie jak iście zachodni styl opowiadania. Pod wieloma względami jest to „najczystszy Polański”, więc jeśli od jakiegoś filmu zaczynać znajomość z tym twórcą, to chyba właśnie od tego. Aczkolwiek jest on już troszkę archaiczny.

Wstręt

Repulsion (1965)

Marcin Kempisty: Z wielu powodów Wstręt jest jednym z najważniejszych filmów Romana Polańskiego. Przede wszystkim to początek wieloletniej współpracy ze scenarzystą Gerardem Brachem, materializującym własne klaustrofobiczne lęki w kinie Polaka. W pierwszym pełnometrażowym zagranicznym filmie Polański nadal tworzy swoje abecadło: po raz pierwszy pojawiają się ciasne pokoje mieszkania (z uporem powracające niemal w każdym późniejszym filmie), a także wyraźne sugestie dotyczące natury i skutków spojrzenia, w tym przypadku rozumianego jako narzędzie opresji oraz kontroli nad obiektem owego spojrzenia.

Bo to, do czego tak naprawdę Carol (Catherine Deneuve) czuje wstręt, jest właśnie zaklęte w sposobie, w jaki patrzą na nią mężczyźni. Jej spacery po ulicy, okraszone samczymi reakcjami, symbolizują lęk przed uprzedmiotowieniem, sprowadzeniem do roli seksualnej zabawki, co najprawdopodobniej wynika z traumatycznych wydarzeń w dzieciństwie. Już w pierwszej scenie, ukazującej gałkę oczną, Polański sugeruje klucz interpretacyjny. Poczucie tytułowego wstrętu wynika z męskiej potęgi spojrzenia, co jest znakomicie zestawiane ze sposobem, w jaki bohaterka z okien mieszkania podgląda zakonnice.

Pytanie pozostaje jedno: kto tak naprawdę patrzy w tym filmie? Narrator bawi się widzami, regularnie zmieniając przyjmowaną optykę. Raz jest wszechwiedzący i zdystansowany, by chwilę później podszyć się pod chorobliwe doświadczanie rzeczywistości przez Carol. Wstręt jest zapowiedzią zabaw, jakie w późniejszej twórczości narrator Polańskiego będzie podejmować z odbiorcami.

 ⑧ 

Jacek Lubiński: Pod względem formalnym jest to być może najlepszy film Polańskiego, który niewielkie środki i minimalizm historii przekuł w wielce pomysłowe, wizualnie imponujące, ciekawe i zwyczajnie wciągające kino. Oczywiście sztuczki operatorskie swoją drogą, a fabuła swoją, ale i pod tym względem jest to niebanalny film – niby klarowny i aż nadto dosadny, a jednak inteligentnie poprowadzony, dający do myślenia, zachęcający do interpretacji. To połączenie sprawia, że Wstręt równie mocno odrzuca i jest niewygodny, co atrakcyjny, całkowicie pochłaniający uwagę, hipnotyczny. Duża w tym zasługa również wspaniałej Catherine Deneuve, która całkowicie zatraca się tu w obłędzie i psychozie. A my razem z nią.

Matnia

Cul-de-sac (1966)

Marcin Kempisty: Matnia jest filmem niezwykle trudnym do przyswojenia ze względu na sposób, w jaki żongluje się w nim zasadami gatunkowymi. Rozpoczyna się ucieczką przestępców niedojdów, znajdujących schronienie przed pościgiem w zamku na odległej wysepce. Pozorna historia kryminalna zmienia się w perwersyjny romans, kiedy charakteryzowani są mieszkańcy owego zamczyska. A gdy dochodzi do zderzeń tych sprzecznych światów, w pełnej krasie ujawnia się groteskowa natura rzeczywistości. Komediowy ton Matni jest regularnie przekłuwany eksplozjami przemocy, które jednak nie są straszne, jak gdyby ta agresja sprawiała bohaterom przyjemność. W dodatku cały czas trudno nadążyć za zmianami sojuszy, tak bardzo postacie wikłają się w relacje i paradoksy, z którymi nie są w stanie sobie poradzić. Matnia to efekt młodzieńczych fascynacji absurdem oraz groteską, dlatego najlepiej ogląda się ten film, mając w pamięci Czekając na Godota i inne dramaty Samuela Becketta.

⑦ 

Jacek Lubiński: Zmyślna gra Polańskiego z widzem, z jego oczekiwaniami. Z jednej strony kryminał, który przeradza się w groteskę, z drugiej niekiedy komedia omyłek przeplatająca się z jakimś niezbyt delikatnym komentarzem społecznym. Mało co zdaje się mieć tu na dłuższą metę sens, co poniekąd zdradza oryginalny tytuł – w przeciwieństwie do polskiego oznaczający raczej sytuację prowadzącą donikąd, pustą intelektualnie. Dlatego jest to jeden z tych rzadkich przykładów dzieł, które nie przynoszą nie tyle wyjaśnień, co nie uwzględniają katharsis, od samego początku nieosiągalnego dla bohaterów. Charakterystyczne dla reżysera zaszczucie niewielkiej grupki w oderwanym od reszty świata miejscu tylko potęguje rosnący w ich głowach chaos. A absurd kolejnych wydarzeń i z wolna postępujące na ekranie szaleństwo znakomitego Donalda Pleasence’a sprawiają, że film intryguje do samego końca, bo trudno tak naprawdę zgadnąć, co się jeszcze wydarzy.

Nieustraszeni pogromcy wampirów

Dance of the Vampires / The Fearless Vampire Killers (1967)

Marcin Kempisty: Zabaw Polańskiego z gatunkami ciąg dalszy. Tym razem na warsztat został wzięty horror gotycki. Z całym dobrodziejstwem inwentarza reżyser lokuje akcje w miejscach i w scenografii charakterystycznej dla tej konwencji, rozpychając jej ramy przy pomocy slapstickowego humoru oraz przewrotek fabularnych, które nie pojawiały się wcześniej w tego typu filmach. Niestety efekt nie został do końca osiągnięty. Na pewno na tle poprzedników Nieustraszeni pogromcy wampirów prezentują się niczym próba odświeżenia przykurzonego gatunku, niemniej jednak sposób wykonania pozostawia wiele do czynienia. Bajkowa scenografia i piękna ścieżka dźwiękowa to za mało, by przysłonić nieudany komizm, czyniący z filmu jedynie wygłup. Trudno śledzić wydarzenia, gdy ich bohaterami są mężczyźni scharakteryzowani tak grubą kreską, że aż popadają w karykaturę, mimo że sami mieli być karykaturami postaci znanych z tego gatunku. Warto jednak pamiętać o tym filmie z powodu jedynej artystycznej kolaboracji, do jakiej doszło między Polańskim a Sharon Tate.

Jacek Lubiński: Film kultowy, ale ja nigdy nie byłem jego fanem. Owszem, specyficzna staroświeckość połączona z kiczem i absurdem sytuacyjnym się sprawdza, lecz Polański jakby nie do końca to wykorzystał, z pewnością będąc na planie zapatrzony w oczy Sharon Tate (co zresztą bardzo dobrze widać na ekranie). Rezultatem tego jest dzieło bardziej urocze niż śmieszne (aczkolwiek parę gagów jest de facto niezwykle udanych inscenizacyjnie). Co gorsza, słabo też rozwinięte, bo fabuła również miała potencjał na znacznie ciekawszy pastisz, niż w rzeczywistości dostaliśmy. To przyjemny, w miarę dynamiczny film, który jednak trudno naprawdę celebrować. Tytuł jakże inny od reszty twórczości reżysera, ale też będący zdecydowanie poniżej jego możliwości.

Dziecko Rosemary

Rosemary’s Baby (1968)

Marcin Kempisty: Na pewno najbardziej kontrowersyjna ocena w tym zestawieniu. Nikt nie odbiera wpływu, jaki Dziecko Rosemary wywarło na gatunek horroru. Film Polańskiego jest fundamentem i punktem odniesienia dla kolejnych twórców. Wydaje się jednak, że dwie fantastycznie zrealizowane, fantasmagoryjne sceny z diabłem w roli głównej przysłaniają niedostatki pozostałych partii filmu. Dziecku… brakuje przede wszystkim konkretu: „horror codzienności” zostaje niepotrzebnie rozciągnięty, przez co zamiast narastającego napięcia pojawia się nuda. Ponadto po latach gra Mii Farrow wygląda nazbyt karykaturalnie, totalnie odstając choćby od wcześniejszej roli Catherine Deneuve. Dziecko Rosemary to dzieło oparte na elementach dobrze znanych z wcześniejszych dzieł Polańskiego – klaustrofobicznym mieszkaniu, zaszczutej bohaterce, odebraniu pewności, kto tak naprawdę jest narratorem historii i gdzie leży prawda między „obiektywnie” dziejącymi się wydarzeniami a chorobą kobiety – niemniej jednak zostało to niepotrzebnie rozmyte scenami obyczajowymi o charakterze humorystycznym. Być może na przełomie lat 60. i 70. oderwanie horroru od turbomrocznej estetyki mogło szokować, ale jeżeli patrzy się na film Polańskiego bez przyjęcia ówczesnej perspektywy, to reżyserowi nie udaje się osiągnąć uniwersalnego efektu, niezależnego od miejsca i czasu seansu.

⑤ 

Jacek Lubiński: Film, który zapewnił Polańskiemu sławę i pieniądze, ale też stał się jego przekleństwem, to rzecz niesamowicie duszna i klaustrofobiczna, składająca się na opus magnum stylu reżysera. Do dzisiaj wymienia się go pośród najlepszych jego dzieł, choć według mnie zrobił potem lepsze, mocniejsze w wyrazie filmy. Siłą tego jest jednak w dużej mierze to, co niedopowiedziane, niewytłumaczone, wręcz niezrozumiałe – czyli coś, z czym w późniejszych latach bywało u Polańskiego różnie. To mały film, w którym dużo zależy od tak zwanego klimatu unoszącej się w powietrzu, namacalnej obecności zła, jakie nadaje całej tej historii o wiele większego kalibru, choć przecież kamera nie wychodzi właściwie poza mury niewielkiego, nowojorskiego mieszkania dwójki przypadkowych osób. I to właśnie sprawia, że dzieło to nadal przyciąga do siebie jak magnes. I obezwładnia niczym tytułowe niemowlę.

Ostatnio dodane