Zestawienie

Niedocenione PEREŁKI DEKADY. Filmy zasługujące na WIĘKSZE uznanie

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w życiu kinomana jest odkrywanie przeoczonych przez masową widownię lub pochopnie zbywanych przez krytykę i dystrybutorów perełek. Druga dekada XXI wieku obfitowała w wielkie przeboje, elektryzujące zarówno krytykę, jak i widownię – i były to filmy zarówno anglo-, jak i obcojęzyczne, pochodzące i z Hollywood, i z kinematografii „peryferyjnych”, na co dzień niekojarzących się z wielkimi hitami. Jednak zaryzykuję stwierdzenie, że może nawet równie wiele było w ostatnich dziesięciu latach znakomitych produkcji, które nie doczekały się takiego uznania, na jakie by zasługiwały. Poniżej dziesiątka filmów, których popularność i/lub uznanie jest znacznie niższe, niż na to zasługują. Nie chodzi przy tym tylko o procentowe czy punktowe wyniki w polach „opinia krytyki/widowni” na dużych serwisach, ale i o rozpoznawalność tytułu oraz jego ogólną renomę, w porównaniu do innych (pod pewnymi względami podobnych) pozycji, które brylowały w ostatniej dekadzie w świecie filmu.

Wulkan (2011)

Islandzki film to przypadek bardzo ciekawy, jeśli chodzi o kwestię światowego uznania i rozgłosu. Przede wszystkim dlatego, że można go bezpośrednio i bardzo mocno porównać do innego filmu, który chwilę później stał się przebojem festiwali i gal rozdań nagród – Miłością Michaela Haneke. Film Rúnnara Rúnnarssona opowiada niemal bliźniaczą historię do tej, którą rok później zaproponował jego starszy i bardziej uznany austriacki kolega po fachu. Co więcej, Rúnnarsson nie odstaje od Hanekego zbytnio pod względem warsztatu, stosując podobnie chłodny i precyzyjny styl, przy pomocy którego wydobywa emocje targające głównym bohaterem zmagającym się z chorobą ukochanej żony. I choć historia islandzkiego rybaka nie ma może tej elegancji oraz humanistyczno-symbolicznego ładunku, co opowieść o zmaganiach emerytowanego nauczyciela gry na pianinie, to Wulkan, przekazując praktycznie te same refleksje i emocje, nie odstaje od Miłości pod względem klasy – jest po prostu bardziej surowy, zimny, islandzki. Psychologiczne napięcie, przebijające szorstkość islandzkiego pejzażu sprawia, że to film zasługujący na znacznie więcej niż (nieszczególnie wymagające) rozbicie banku lokalnych nagród Edda i obserwowanie, jak podpisane mocniejszymi nazwiskami, siostrzane arcydzieło ląduje w kolejnych zestawieniach najlepszych filmów XXI wieku.

Zabić, jak to łatwo powiedzieć (2012)

Po docenionym Zabójstwie Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda, w 2012 roku Andrew Dominik i Brad Pitt powrócili z kolejnym filmem, tym razem w konwencji kryminalnego dramatu. Ich Zabić, jak to łatwo powiedzieć (o dużo ładniej brzmiącej wersji angielskiej tytułu: Killing Them Softly) nie spotkało się jednak z równie entuzjastycznym przyjęciem, co wcześniejszy western i wbrew temu, czego można było oczekiwać, nie stał się współczesnym klasykiem, nadającym rozpędu karierze reżysera (do dziś jest to jego ostatni zrealizowany film fabularny). Nad filmem unosi się bowiem aura niespełnienia: intryga sączy się powoli, głównie w rytm rozmów, główny bohater Pitta okazuje się bardziej wygadanym cwaniakiem niż charyzmatycznym antybohaterem, wyczekiwana postać Jamesa Gandolfiniego pojawia się, by sączyć w kilku scenach piwo, a narracja częściej niż angażujący suspens proponuje ocierające się momentami o groteskowe odloty dygresje. Jednak właśnie to jest esencją Zabić… i decyduje o jego jakości – Dominik rozsadza kryminalny format od środka, ukazując Amerykę złamaną kryzysem, pogrążoną w monotonnym półśnie, w którym brutalna przemoc, społeczny rozkład i moralny kac zlewają się w jeden deliryczny strumień zdarzeń. Ten duchowy spadkobierca Rodziny Soprano i nowoorleański krewny Irlandczyka to być może jeden z najlepszych filmowych komentarzy do społecznej rzeczywistości USA na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku i z jeden z najbardziej intrygujących filmów kryminalnych ostatnich dziesięciu lat, zasługujący na zdecydowanie większą sławę.

Spring Breakers (2012)

Spring Breakers

Spring Breakers był projektem intrygującym już w samym założeniu – oto Harmony Korine, niekwestionowana gwiazda kina awangardowego, angażując młodzieżowe gwiazdki oraz Jamesa Franco, nakręcił szeroko reklamowany film o bawiących się w czasie wiosennych ferii nastolatkach. Końcowy efekt wielu odrzucił jako chaotyczne, przerysowane kuriozum. Rzeczywiście nie jest to film łatwy, daleki od klasycznych schematów – całość jest mocno przerysowana, fabuła posuwa się naprzód bez widocznego przez większość czasu celu, a wymiar psychologiczny i wymowa filmu toną pod natłokiem dynamicznych obrazków młodzieńczej, beztroskiej dekadencji i odurzającego kiczu. Zanurzając w tej rozedrganej, teledyskowej formie mroczne coming-of-age story, Korine stworzył dzieło pełne szaleństwa i niejednoznaczności, które tylnymi drzwiami wprowadzają do krzykliwej pocztówki z imprezowych orgii całkiem poważną (choć okraszoną dużą dawką ironii) obserwację na temat dojrzewania w popkulturowej magmie. Warto spojrzeć poza naskórkowy banał Spring Breakers i dostrzec w nim prawdziwe wizjonerstwo Korine’a, który nie tylko misternie poskładał tę karkołomną układankę, ale też fenomenalnie rozegrał otoczkę medialną wokół filmu.

Wada ukryta (2014)

W latach 90. Paul Thomas Anderson zabłysnął jako wielki reżyserski talent, w kolejnej dekadzie spełnił obietnicę geniuszu, tworząc pierwsze arcydzieło (Aż poleje się krew), a w kolejnej ugruntował pozycję mistrza współczesnego kina znakomitym Mistrzem i Nicią widmo. Pomiędzy nimi (nie licząc dokumentalnego Junun) Anderson dał nam jeszcze jedno frapujące dzieło – bodaj najbardziej ekstrawaganckie, a na pewno najbardziej przeoczone w swojej filmografii. Teoretycznie Wada ukryta to kandydat na kolejny Andersonowski hit – zawsze błyskotliwy Joaquin Phoenix, Josh Brolin, Reese Whitherspoon, Benicio del Toro i Owen Wilson w obsadzie, psychodeliczny klimat Kalifornii lat 70. uchwycony w pięknych kadrach Roberta Elswita i scenariusz oparty na podstawie powieści kultowego Thomasa Pynchona. Na tym ostatnim punkcie być może zasadzać się relatywnie słabszy odbiór Wady ukrytej przez publiczność, która nie doceniła filmu tak jak krytycy i sprawiła, że na tle ogólnego uznania innych filmów Andersona obraz z 2014 wypada blado (nie doczekał się nawet dystrybucji kinowej w Polsce). Film na podstawie prozy literackiego sztandarowego postmodernisty cechuje się dużą zawiłością i narkotyczno-halucynacyjnym rytmem, który w połączeniu z pełną absurdu i zakrętów fabułą daje dzieło tyleż fascynujące, co hipnotyzujące. Całe to szaleństwo trzyma w ryzach reżyserska ręka Andersona, który popisuje się tu swoją wirtuozerią, która nawet jeśli nie do końca nas oczaruje, to warta jest docenienia.

Ostatnio dodane