Zestawienie

Największe KLAPY FINANSOWE 2018 ROKU. Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Kino, jak każdy biznes, powinno na siebie zarabiać, żeby mogło dalej funkcjonować. Jeśli marzy nam się sequel (albo najlepiej całe filmowe uniwersum, to ostatnio modne) i propozycje interesujących projektów w przyszłości, ważne jest, żeby produkcja, przy której pracowaliśmy, zarobiła przynajmniej tyle, żebyśmy wyszli na zero. Sukces komercyjny filmu to składowa wielu czynników: daty premiery, atrakcyjnych nazwisk w obsadzie, zainteresowania tematem dzieła, kampanii marketingowej, recenzji po premierze, konkurencji w kinach… to tylko te najważniejsze, a ich mnogość sprawia, że nierzadko naprawdę trudno przewidzieć, jak poradzą sobie poszczególne produkcje. Na chwilę obecną pewne jest przede wszystkim to, że widzowie będą tłumnie walić do kin na filmy superbohaterskie, nawet na zjechane przez krytykę szroty pokroju Venoma. Cierpią na tym tytuły niepowiązane z komiksowym światem, a ich porażki bywają niesłychanie spektakularne. Oto wybrana przeze mnie dziesiątka największych klap finansowych 2018 roku – niektóre z tych dzieł zasłużyły na swój nędzny los, inne niekoniecznie.

(Przypominam, że jeśli film ma zarobić na siebie, to jego przychód z kina musi być dwukrotnie wyższy niż budżet, a dodatkowo potrzebne jest jeszcze kilkanaście/kilkadziesiąt mln dolarów, jako że marketing nie jest wliczany w budżet.)

Dziewczyna w sieci pająka

„Ciiii, zapomnijmy o tej całej sprawie.”

Jest w tym ambarasie jakaś sprawiedliwość. Kilka lat temu Sony nie było zadowolone wynikami finansowymi Dziewczyny z tatuażem w reżyserii Finchera (90 milionów dolarów budżetu kontra 233 miliony przychodu), więc postanowiło pogrzebać serię na lata, tylko po to, by wrócić do niej z inną obsadą i reżyserem. Claire Foy to niezaprzeczalnie uzdolniona aktorka, ale dla wielu widzów amerykańska wersja Lisbeth powinna być grana wyłącznie przez Rooney Marę. Brak Daniela Craiga i efekciarskie trailery, nijak niepasujące do klimatu znanego z poprzednich ekranizacji, z pewnością nie pomogły. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że ktoś tu próbuje zrobić superbohaterkę-mścicielkę z głębokiej i niejednoznacznej postaci. Brak znanych nazwisk w obsadzie oraz przeciętne recenzje ostatecznie pogrzebały ten film. Trochę tu szkoda Claire Foy, która włożyła w tę rolę dużo serca, ale trudno mi ukrywać satysfakcję z nauczki, którą dostało Sony – może jednak trzeba było dać zielone światło kontynuacji filmu Finchera?

Wynik: 43 mln dolarów budżetu kontra 34 mln dolarów przychodu z kin.

Dziadek do orzechów i cztery królestwa

Jak mogła tu być mowa o zysku, skoro same kostiumy i charakteryzacja kosztowały więcej niż zapowiedziane na przyszłe stulecie 15 części Avatara?

Do dziś pamiętam swoją konsternację podczas oglądania w kinie zwiastuna tej produkcji. Skąd to się wzięło? Co to w ogóle jest? Czy to jakiś spin-off Alicji w Krainie Czarów? Podobne pytania zadawałem sobie za drugim i za trzecim razem, kompletnie nie pamiętając, że widziałem już rzeczony trailer. Na jego podstawie można było nadać temu filmowi tytuł Epickie fantasy dla najmłodszych #29: Morze CGI nieprzerwanie zalewa kino. Mało który film Disneya wchodził do kin tak dyskretnie, no i nic dziwnego – 34% na Rotten Tomatoes to wyjątkowo fatalny wynik jak na produkcję tego rozrywkowego giganta. Powiedziałbym, że ludzie momentalnie zapomnieli o tym dziele, ale to by znaczyło, że wcześniej ktoś o nim w ogóle pamiętał.

Wynik: 120 mln dolarów budżetu kontra 166 mln dolarów przychodu z kin.

Klub miliarderów

Ta mina, kiedy w całej Ameryce twój film wyświetla aż 10 kin.

To nie mogło skończyć się inaczej. Po skandalach związanych z najgłośniejszym nazwiskiem w obsadzie ten film stał się towarem niechcianym przez nikogo. W Stanach Zjednoczonych początkowo wyświetlało go raptem 10 kin położonych na jakiś wygwizdowach (później ta liczba wzrosła do… 11), a pokazy miały miejsce wcześnie rano albo bardzo późnym wieczorem. Fatalne recenzje (jestem jednak ciekaw, jaki wpływ na nie mogła mieć niechęć do Spaceya) były ostatecznym gwoździem do trumny, a weekend otwarcia przyniósł produkcji zawrotne 618 dolarów przychodu (fun fact: Avengers: Wojna bez granic podczas swojego weekendu otwarcia tylko w sekundę i tylko w Stanach zarabiał ponad 914 dolarów). Reszta świata obdarzyła film nieco większym zainteresowaniem, ale nie na tyle, by uchronić go przed dużymi stratami. Trudno się jednak dziwić, że kampania marketingowa tego dzieła nie istniała: Kevin Spacey jako antagonista w produkcji zatytułowanej Billionaire Boy’s Club to obecnie niezbyt fortunne połączenie.

Wynik: 15 mln dolarów budżetu kontra 2,2 mln dolarów przychodu z kin.

Robin Hood. Początek

„Dlaczego ja w ogóle podpisałem ten kontrakt?”

Kolejny Robin Hood i kolejna próba małpowania kina superbohaterskiego. Był duży budżet, była dobra obsada, ale co z tego, skoro widzowie czują przesyt przygodami księcia złodziei? Trudno zrozumieć śmiałą decyzję o przeznaczeniu tak dużej kwoty na tę produkcję, biorąc pod uwagę to, że poprzednia inkarnacja Robin Hooda (z Russellem Crowe’em i Ridleyem Scottem na pokładzie) przyniosła duże straty. Wypakowane wygenerowaną komputerowo akcją zwiastuny nie zapowiadały niczego, co choć trochę przykuwałoby uwagę, a o filmie zrobiło się głośno dopiero po pierwszych, miażdżąco negatywnych, recenzjach. Z pewnością nie był to jednak rozgłos, na który mogli liczyć twórcy, co boleśnie odbiło się na frekwencji w kinach.

Wynik: 100 mln dolarów budżetu kontra 82,2 mln dolarów przychodu z kin.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

„Staraliśmy się i co nam z tego przyszło?”

Porażka finansowa tego filmu to przykra sprawa i efekt bardzo głupich decyzji. Pierwszą z nich było zatrudnienie Phila Lorda i Christophera Millera i/albo zwolnienie ich dopiero po nakręceniu większości materiału. Nie twierdzę, że duet reżyserów nie miał dobrego pomysłu na film (tego nie wiemy), ale ewidentnie nie byli oni kompatybilni z wizją zwierzchnictwa, które powinno wiedzieć, czego się spodziewać od ludzi, których zatrudniło. Wybrany na miejsce komediowego duetu Ron Howard musiał nakręcić ponownie 3/4 całego filmu, co niemal podwoiło planowany budżet. Prawdopodobnie i pomimo tego Han Solo mógłby zarobić na siebie, gdyby nie słaby marketing (wiele osób nie miało pojęcia, że do kin wchodzą nowe Gwiezdne wojny!) i fatalna data premiery. Jasne, maj określano miesiącem Gwiezdnych wojen przez dekady, ale tym razem był to naprawdę kiepski czas na próbę zawojowania kin. Nie minęło nawet pół roku od premiery Ostatniego Jedi, który wzbudził wiele toksycznych kontrowersji, a ludzie nie zdążyli się stęsknić za kosmiczną sagą na wielkim ekranie. W tym samym czasie sukcesy świętowały wspomniana Wojna bez granic oraz Deadpool 2, a biedny Han po prostu nie dał sobie rady. A szkoda, bo to naprawdę fajny kosmiczny western i heist movie w jednym, a do tego udane pogłębienie uwielbianej od dekad postaci. Świetnie spisał się też odtwórca tytułowej roli i bardzo ubolewam nad tym, że możemy już go nie zobaczyć w tym wydaniu.

Wynik: 275-300 mln dolarów budżetu kontra 392 mln dolarów przychodu z kin.

Ostatnio dodane