Zestawienie

NAJGORSZE DECYZJE OBSADOWE. Zły casting boli przez cały film

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Nawet najzdolniejszy aktor nie będzie odpowiedni do każdej roli. Zdarzają się takie filmy, które wiele straciły przez castingowe wybory twórców. Które decyzje obsadowe bolą najbardziej?

Sofia Coppola jako Mary Corleone w Ojcu chrzestnym III (reż. F. F. Coppola, 1990)

mary corleone ojciec chrzestny III

Sofia Coppola bez wątpienia ma wiele dobrego do zaoferowania widzom, nie jest to jednak talent aktorski: zdecydowanie lepiej wychodzi jej działalność po drugiej stronie kamery. Nim nakręciła Między słowami, zdobyła pierwsze filmowe doświadczenia, występując w słynnej mafijnej trylogii ojca. Jej role w dwóch pierwszych częściach sagi o rodzinie Corleone wydają się niemalże interesujące w porównaniu z trzecią: w pierwszej części była po prostu sobą, czyli niemowlęciem, a w drugiej nie wadziła nikomu jako „randomowe” dziecko niewymienione w czołówce… Jednak już za rolę Mary w ostatnim segmencie trylogii posypały się na nią gromy. Drewniana, nieopierzona Sofia nie irytowałaby tak mocno, gdyby jej występ ograniczył się wyłącznie do skromnego cameo córki słynnego reżysera. Tymczasem Coppola zagrała jedną z ważniejszych dla fabuły postaci, córkę Michaela. To się nazywa nepotyzm!

Kristen Stewart jako ŚnieżkaKrólewna Śnieżka i Łowca (reż. R. Sanders, 2012)

krolewna sniezka i lowca snow white and huntsman

Powiedzmy sobie szczerze: decyzja o powierzeniu głównej roli w tym obrazie Kristen Stewart była czysto koniunkturalna. Aktorka zakończyła wówczas swoją wieloletnią przygodę ze Zmierzchem i znajdowała się u szczytu popularności: producenci wiedzieli, że jej nazwisko w obsadzie przyciągnie uwagę mediów bardziej niż jakiejkolwiek innej młodej aktorki. Problem w tym, że złą macochę zagrała tutaj Charlize Theron – nikt chyba nie uwierzy, że taka kobieta mogłaby być zazdrosna o urodę Kristen Stewart… Inna kwestia, że brązowowłosa i zielonooka aktorka w ogóle nie wygląda na chłodną Śnieżkę. Jej typ urody predestynuje ją do ról nonszalanckich, rock’n’rollowych, lekko mrocznych lasek; seksownych dziewczyn z sąsiedztwa (zobaczcie, jak błyszczy w Personal Shopper lub W drodze). Bajka o królewnie to zdecydowanie nie jej bajka… W każdym ujęciu Stewart sprawia wrażenie, jakby czary złej królowej zaczynały działać i lada chwila miała paść trupem. Widać, że ta stuprocentowa chłopczyca bardzo męczyła się w tak „dziewczyńskiej” roli – i to pomimo nieco mrocznej konwencji, jaką obrał film.

Scarlett Johansson jako major Kusanagi w Ghost in the Shell (reż. R. Sanders, 2017)

Brutalne są prawa marketingu i kierującej się żądzą zysku fabryki snów – po raz kolejny angaż otrzymała aktorka, która totalnie nie pasuje do roli, za to jest sławna i przyciągnie ludzi do kin. Artystyczny rezultat nikogo nie obchodzi. Scarlett jest przepiękną, niezwykle utalentowaną aktorką. To, że jej występ w Ghost in the Shell okazał się niewypałem, absolutnie nie jest jej winą: po prostu zmienianie rasy, płci czy tożsamości u postaci, która dla wielu osób jest kultowa, to nigdy nie jest dobry pomysł. Zwłaszcza że azjatyckie aktorki nie mają tak wielu okazji do gry w zachodnich blockbusterach: rola Motoko Kusanagi wydawała się stworzona dla takiej np. Rinko Kikuchi. Byłoby to nie tylko w zgodzie z duchem oryginału, ale i z korzyścią dla klimatu dzieła. A jak już postanowiono z Azjatki zrobić białą, trzeba było zachować konsekwencję i nie bawić się w pseudojapońskie stylówki, przez które Scarlett wygląda jak słaby cosplay bohaterki z oryginalnej animacji, a nie autonomiczna postać. To jeden z wielu przypadków, kiedy pazerne łapy Hollywood wyciągają się po wielkie dzieła innych kultur, by je zniszczyć i strywializować. Amerykański remake nie ma w sobie nic z głębi i filozofii japońskiego anime z 1995 r.

Grey i Greyowa z wiadomo jakiej serii

50 shades of grey dakota johnson jamie dornan

Namiętność aż rozsadza ten kadr

Sukces kina erotycznego, za jakie 50 twarzy Greya bardzo pragnęłoby uchodzić, zależy przede wszystkim od chemii między ekranowymi kochankami. Bez niej trudno wyobrazić sobie, aby sceny łóżkowe mogły na kogokolwiek działać; jeśli jednak namiętność i wzajemne pożądanie aż kipi z ekranu, to wszystko inne schodzi na dalszy plan. Saga o Greyu zawodzi na każdym polu, od grafomańskiego scenariusza po nieznośne dłużyzny, ale jestem przekonana, że dałoby się ją uratować namacalnym, erotycznym przyciąganiem między parą głównych aktorów, jakimś owych aktorów seksapilem i charyzmą, wiarygodną ekscytacją i zaangażowaniem w scenach miłosnych. Nadal byłoby to kino klasy zerowej, ale przynajmniej seksowne.

Saga o Greyu to jak oglądanie dwojga kompletnie aseksualnych ludzi, którzy próbują oszukać siebie nawzajem, że są zdolni odczuwać jakiekolwiek pożądanie.

I Dakota Johnson, i Jamie Dornan udowodnili w innych filmach, że są zdolnymi aktorami. Problem w tym, że ewidentnie na siebie nie „lecą”. Dobierają się do siebie jak niewprawni, nieśmiali uczniacy, który muszą zaliczyć nudne ćwiczenie w parach na żądanie nauczyciela. Nieważne, jak długo trwałoby zbliżenie na twarz jego lub jej, i tak nie dopatrzymy się na niej zmysłowości. Czemu winię za to ludzi od castingu? Bo istnieje takie coś, jak casting łączony, w którym potencjalni filmowi kochankowie grają razem, dzięki czemu można od razu sprawdzić, czy między kandydatami iskrzy. Nie wiem, kim był spec odpowiedzialny za sparowanie Dakoty z Jamiem, ale mam nadzieję, że była to jego ostatnia robota.

Ostatnio dodane