Zestawienie

Najbardziej PRZEWIDYWALNE filmowe PLOT TWISTY

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Im więcej filmów obejrzysz, tym trudniej cię zaskoczyć, prawda? Mniej więcej od lat dziewięćdziesiątych XX wieku scenarzyści zaczęli lubować się w zupełnie nieprzewidywalnych plot twistach, czyli scenach wywracających do góry nogami dotychczasowy przebieg fabuły. Zaskakujące i niespodziewane zmiany biegu historii działały znakomicie w takich obrazach jak Siedem, Pulp Fiction, Podejrzani, Lęk pierwotny, Podziemny krąg czy Szósty zmysł. To narzędzie znane jest pisarzom, dramaturgom i scenarzystom w zasadzie od początku istnienia sztuk scenicznych, jednak w ostatnim czasie wyznacznikiem dobrego stała się jego nieprzewidywalność. Bywa, że scenarzyści zbyt mocno ufają swojemu instynktowi, a producenci – zbyt słabo wierzą w instynkt i mądrość widza. Rezultatem są przewidywalne zwroty fabuły i twist endingi. Przedstawiam listę filmów – niekoniecznie złych – w których zwroty akcji dało się wyczuć dużo, dużo wcześniej. 

Tekst oczywiście zawiera spoilery.

W ciemność. Star Trek

– A może to Czakha Khan? Albo Irfan Khan? – Nie, to nasz stary, dobry, znany Khan…

…a więc Benedict to Khan! Nie wiem, komu przyszło do głowy, by próbować ukryć lub zakamuflować ten fakt. Od momentu pierwszych doniesień o sequelu całkiem udanego remake’u klasycznej opery sci-fi, fani spekulowali, że głównym przeciwnikiem może być ponownie Khan – znany głównie za sprawą jednej z najlepszych pełnometrażowych odsłon serii, czyli Gniewu Khana. Prawdziwi trekkies pamiętają zapewne odcinek pierwszej serii, Space Seed, w którym załoga USS Enterprise spotkała Khana po raz pierwszy. Skoro więc J.J. Abrams z ekipą postanowili utworzyć alternatywną linię czasu, by pogodzić wszelkie nieścisłości i niejasności między starą i nową serią i „odmłodzić” znaną załogę, to oczywistym wydawało się, że przywrócą do alternatywnego życia jednego z najbardziej znanych łotrów z tego uniwersum. Choć część publiczności w castingu Benedicta Cumberbatcha upatrywała się odnowionego Khana Noonien Singha, to scenarzyści postanowili udawać, że w gruncie rzeczy mają pomysł na świetny twist. Seansu W ciemność. Star Trek w żadnym wypadku nie można uznać za stracony czas, natomiast pozostaje uczucie niedosytu związane z tak oczywistym rozwiązaniem. Jakby tego było mało, filmowy reveal jest dramaturgicznie podniesiony do granic możliwości. Dysproporcja między pompatycznością sceny a jej przewidywalnością wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego. A można było po prostu wyłożyć karty na stół!

Wyspa tajemnic

– Szepnąć ci na ucho plot twist? – To tu jest jakiś plot twist?

Zaryzykuję stwierdzenie, że w trakcie swojej długiej i pracowitej kariery Martin Scorsese nie zrobił złego filmu. Pomiędzy projektami realizowanymi z pasji (jak chociażby czekające na produkcję 28 lat Milczenie) brał na warsztat produkcyjniaki, które podrzucało mu studio. Po oscarowej Infiltracji i dokumencie Rolling Stones w blasku świateł Scorsese zainteresował się popularną powieścią Denisa Lehane’a – Wyspą tajemnic. Dwie poprzednie adaptacje utworów Lehane’a – Rzeka tajemnic i Gdzie jesteś, Amando?, wyreżyserowane przez odpowiednio Clinta Eastwooda i Bena Afflecka, zdobyły bardzo przychylne recenzje krytyków i publiczności. Scorsese po raz kolejny zaprosił do udziału swojego ulubieńca – Leo DiCaprio, drugi plan wypełnił ciekawymi i utalentowanymi Markiem Ruffallo, Benem Kingsleyem, Emily Mortimer, Michelle Williams, Maxem von Sydowem i niedocenianym Eliasem Koteasem. Opowieść rozgrywała się w otoczeniu szpitala psychiatrycznego ulokowanego na niedostępnej wyspie. Para detektywów – w tym jeden z problemami neurologicznymi i emocjonalnymi – próbowała rozwiązać tajemnicę zniknięcia jednego z pacjentów. Film był istną ucztą zmysłów – sugestywna atmosfera oparta na zdjęciach Roberta Richardsona, aurze niedopowiedzeń i umiejętnej reżyserii oraz nastrojowej ścieżce dźwiękowej pozwalała na całkowite zanurzenie się w historię bohatera granego przez Leonardo DiCaprio. Nie jest jednak – nomen omen – tajemnicą, że zwrot akcji był dość oczywisty, bo prowadziło do niego wiele wątków, w dodatku jakiekolwiek inne rozwiązanie wydawałoby się dość nieprawdopodobne. Uważny widz mógł znaleźć w filmie zapowiedzi prowadzące do rozwiązania, a mniej uważny – raczej nie powinien zaskoczyć się informacją, że główny bohater poszukiwał samego siebie, w ramach eksperymentalnej terapii. Koniec końców, Wyspa tajemnic była satysfakcjonującym thrillerem bez pretensji do bycia arcydziełem, a przewidywalny finał nie przekreślił frajdy z dochodzenia do rozwiązania zagadki razem z bohaterem. 

Life 

– A może w tym zakończeniu jest jakieś drugie dno?

Thriller z Jakiem Gyllenhallem i Ryanem Reynoldsem to przykład nie tylko przewidywalnego twistu w finale, ale przewidywalnej, szablonowej i schematycznej produkcji. Brzmi jak zarzut, ale niekoniecznie nim jest – nie wszystkie filmy muszą być arcydziełami, wywracać gatunki do góry nogami, poruszać głębokim artyzmem. Scenariusz Life zawiera dwa twisty – jeden udany, drugi już mniej. Pierwszy wynika z czynników pozafilmowych. Uśmiercanie bohaterów filmu w ramach rozwoju intrygi to rzecz zupełnie tradycyjna, zwłaszcza w konwencji horroru i thrillera. Nikogo nie dziwi, gdy jeden z – wydawałoby się głównych – uczestników akcji zostaje „zabity na śmierć”. Inaczej sprawa ma się, gdy jest obsadzony jednym z najgorętszych nazwisk sezonu. Tak było w przypadku Life, gdzie połowy seansu nie dożywa Ryan Reynolds. Dlaczego ten twist wynika z czynników pozafilmowych? Bo gdyby jego postać grał jakikolwiek inny aktor o mniejszej sile oddziaływania, ta śmierć byłaby po prostu śmiercią. A tak – nie umiera bohater filmu, tylko tracimy z ekranu Ryana – Deadpoola! – Reynoldsa. Drugi twist zawiera się w zakończeniu. Pamiętacie ten horror, w którym bohaterom udaje się zgładzić potwora, ale ten w jakiś cudowny sposób ożywa, by w finalnym ujęciu iść dalej w świat i robić to, co potwory lubią najbardziej? Celowo nie podaję tytułu, bo to przecież klisza zgrana niczym muzyka z Requiem dla snu. Rozumiem jej znaczenie, rozumiem jej zastosowanie, rozumiem jej kontekst. Niektórym twórcom udaje się jednak znaleźć jakikolwiek pierwiastek oryginalności w takim zakończeniu. Nie uświadczymy tego w Life. Film kończy się standardowym „o rany, to jednak żyje” i niemym okrzykiem uświadomienia, że nasza planeta została zainfekowana przez obcą formę życia.

Ostatnio dodane