Zestawienie

Najbardziej NIEDOCENIONE filmowe REMAKI

Autor: Przemysław Mudlaff
opublikowano

W ostatnich latach w kręgach recenzentów, teoretyków kina, a także miłośników dziesiątej muzy trwa zażarta dyskusja na temat wtórności i tym samym braku kreatywności twórców filmowych. Przyczynkiem dla wspomnianej wymiany zdań są kolejne premiery sequeli, prequeli, spin-offów, rebootów czy wreszcie remake’ów uznanych już wcześniej produkcji. Dla jednych praktyka eksploatowania na różne strony i sposoby doskonale znanego oraz lubianego tytułu sprzed lat to jawny skok na kasę. Inni z kolei uważają, że nowa odsłona wcześniejszego filmu zmusza jej twórcę do wykazania się nieprzeciętną kreatywnością. Nie mam zamiaru opowiadać się po żadnej ze stron dyskusji, ponieważ twierdzę, że rację mają zarówno jedni, jak i drudzy. Remaki były, są i będą, czy tego chcemy, czy nie. Dlaczego? A dlatego, że – mimo narzekań – bardzo chętnie je oglądamy i tym samym budujemy u twórców przekonanie o potrzebie ich powstawania. Łatwo jednak się w całym tym powtarzaniu pogubić, coś przegapić, zrównać z ziemią za sam fakt stworzenia na nowo dzieła kultowego. Istnieje więc sporo remake’ów, które są niedocenione. Dotyczy to zarówno ocen recenzentów, jak i publiczności, ponieważ jej niedopisanie doprowadziło do porażki finansowej produkcji. Oto kilka z nich.

Listonosz zawsze dzwoni dwa razy (1981)

To dość dziwne, ale Boba Rafelsona nigdy nie uznawano za reżysera pierwszoligowego, choć w swojej filmografii ma kilka naprawdę interesujących i ambitnych tytułów. Dość powiedzieć, że aż sześć razy współpracował z Jackiem Nicholsonem, a najlepszym przykładem tej kooperacji jest mój ukochany film Pięć łatwych utworów. Skupmy się jednak na innym tytule, przy okazji którego obaj panowie również się spotkali. Listonosz zawsze dzwoni dwa razy to remake jednego z najważniejszych amerykańskich filmów noir z 1946 roku pod tym samym tytułem. Listonosz… w roku swojej premiery został bardzo chłodno przyjęty przez krytyków. Twórcom produkcji zarzucano zbyt dużą liczbę jednoznacznych, brutalnych scen seksu, które pozbawiły historię energii charakterystycznej dla kina noir. Do nieprzychylnych recenzji dołączyła także Lana Turner, aktorka wcielająca się w rolę Cory w filmie z 1946 roku. Stwierdziła ona, że nie ma zamiaru oglądać takich pornograficznych śmieci. Tymczasem film Rafelsona wcale nie miał być klimatyczną opowieścią o zdradzie, chciwości i morderstwie, ale właśnie nihilistycznym dziełem o samotnych ludziach. Nieco zapomniany dziś Listonosz… z 1981 roku zapoczątkował erę erotycznych thrillerów, które cieszyły się ogromną popularnością w latach 80. i 90. XX wieku.

Flubber (1997)

Być może w latach młodości nie wyróżniałem się bystrością i inteligencją ponad poziom moich koleżanek i kolegów, ale pamiętam, że klasowy kujon Wojtuś i kujonka Dominika też byli Flubberem zajarani.

Pora na przypadek dość osobliwy, jednak bynajmniej nie w kontekście tytułowej galaretowatej substancji o niezwykłych właściwościach. Jestem bowiem przekonany, że gdyby recenzje tego filmu pisały dzieci, to nie moglibyśmy mówić w przypadku Flubbera o problemie jego niedocenienia. Dorośli widzowie produkcji Lesa Mayfielda ewidentnie zapomnieli, że jest ona skierowana dla ich pociech. Zarzucają więc Flubberowi infantylizm, nadużywanie efektów specjalnych, płaskość, powolność oraz głupotę. OK! Gdybym dziś obejrzał go ponownie, pewnie doszedłbym do podobnych wniosków. Oglądałem go jednak ponad 20 lat temu, uczęszczałem więc maksymalnie do piątej klasy szkoły podstawowej i wrażenia z seansu miałem raczej pozytywne. Być może nie wyróżniałem się bystrością i inteligencją ponad poziom moich koleżanek i kolegów, ale pamiętam, że klasowy kujon Wojtuś i kujonka Dominika też byli Flubberem zajarani. Morał z tej historii jest taki, że Flubbera nie powinny oglądać osoby powyżej – powiedzmy – 12. roku życia. Inaczej uznają, że to film nudny i głupi. A dlaczego tytuł Lesa Mayfielda znalazł się na tej liście? Flubber jest bowiem remakiem Latającego profesora Roberta Stevensona z 1961 roku.

Morderstwo doskonałe (1998)

Każdy reżyser, który pragnie na nowo opowiedzieć klasyczny film Alfreda Hitchcocka stawia się poniekąd na linii strzału. Wycelowaną broń w kierunku takiego twórcy trzymają zarówno krytycy, jak i widzowie. Nie inaczej było z remakiem legendarnego M jak morderstwo, który w 1998 roku zaprezentował światu Andrew Davis. Do momentu premiery Morderstwa doskonałego Davis znany był przede wszystkim ze swojej współpracy z Stevenem Seagalem (Nico – ponad prawem, Liberator) oraz za sprawą filmu Ścigany (1993). To oczywiście świetne kino sensacyjne, ale gdzie mu tam do tworów mistrza suspensu. Wydaje się zatem, że już sam ten fakt spowodował, iż ocena Morderstwa doskonałego nie mogła być jednoznacznie pozytywna. Film z Michaelem Douglasem, Gwyneth Paltrow i Viggo Mortensenem może poszczycić się średnią 56% na Rotten Tomatoes, chociaż zasługuje na większe uznanie. Morderstwo doskonałe to bowiem kino seksowne, intrygujące, pełne napięcia i akcji. Świetna zabawa i ogromna przyjemność z oglądania doskonałych występów gwiazd kina.

Ostatnio dodane