Zestawienie

Najbardziej KONTROWERSYJNE filmy i seriale na NETFLIKSIE

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Circus of Books (2019), reż. Rachel Mason

To bardzo piękne, że zwykli ludzie mają odwagę robić coś niezwykłego, zwłaszcza że poznali się na imprezie dla samotnych Żydów. No właściwie nie tak zwykli, bo Karen Mason była dziennikarką, a jej mąż, Barry, był współtwórcą efektów specjalnych m.in. do Odysei kosmicznej czy Star Treka. Bulwar Santa Monica i okoliczne uliczki zachodniego Hollywood (w tym Aleja Wazeliny) słynęły z gejowskich klubów. Było więc wielkie zapotrzebowanie na takie miejsce jak „Circus of books”, czyli księgarnię, której prowadzenie dość przypadkowo wpadło w ręce małżeństwa Masonów. A potem zaczęła się przygoda z robieniem filmów hard porno, no bo przecież praca przy Odysei kosmicznej zobowiązuje. O tej osobliwej dla wielu działalności jest ten dokument, czasem wzruszający, czasem śmieszny, a na pewno wartościowy, gdy chodzi o wiedzę o człowieku i społeczeństwie. To jednak tylko jedna strona medalu.

Gdy wybuchła epidemia AIDS, branża porno, zwłaszcza gejowska, znalazła się na celowniku amerykańskiej prokuratury.

Produkcja Circus of books dotyka również pewnych interpretacji istnienia pornografii w ogóle oraz prawdziwych motywów walki z nią. Jeden z rozmówców stwierdza, że geje interesowali się tematyczną pornografią dlatego, że widzieli w niej świat ludzi wolnych, którzy nie muszą się ukrywać z tym, jacy są. Słowo „gej” nie było złe, a ludzie geje tym bardziej. Gdy wybuchła epidemia AIDS, branża porno, zwłaszcza gejowska, znalazła się na celowniku amerykańskiej prokuratury. Ale tak naprawdę walka z pornografią miała zupełnie inne źródło – moralizatorom chodziło o zwykłą cenzurę, czyli kontrolę tego, co ludzie generalnie czytają i z kim śpią. Od wieków przecież to jedne z najlepszych sposobów wpływania na masy. Wreszcie Circus of books to film o tym, jak bardzo spaczony jest świat, nie dlatego, że istnieją w nim geje, lecz dlatego, że w nielogiczny sposób nie pozwala się im być pełnoprawnymi obywatelami. Przecież najlepszym sposobem, żeby przestali demonstrować i dawać o sobie znać, że istnieją albo są w ogóle ludźmi, a nie ideologią, jest zaspokoić ich społeczne potrzeby. Wtedy znikną. Zostaną zasymilowani przez społeczność. Wystarczająco kontrowersyjna teza jak na Netflixa?

Wołyń (2016), reż. Wojciech Smarzowski

Świat opanowany przez zaufanie do symboliki i uzasadniającej niegodziwe czyny przynależności narodowej zawsze ulegnie degradacji, bowiem symbole to rzeczywistości wymyślone, podatne na chwilową interpretację, odległą od praktyki. Nieważne, jakie religie i wzniosłe ideały będzie ów świat miał po swojej stronie. W ostateczności realne życie zawsze ulegnie wyobrażeniom, które je symulują. Historia pod tym względem naucza nas bardzo gorzkiej prawdy. Powyżej i poniżej zestawione tytuły opowiadają o niej w przeróżny sposób. Próbują nawet dawać rozwiązania, jak zacząć budować inną rzeczywistość. Ten zaś film, Wołyń, nie podpowiada, jak to zrobić. Jest dowodem na wciąż istniejący rozłam w interpretacji faktów z historii, ale za nimi przecież stoją ludzie, a część z nich kiedyś leżała z rozprutymi brzuchami, bo urodziła się jako ten, a nie inny naród. Nie ma nic bardziej idiotycznego, żeby uzasadnić czyjeś morderstwo, jak nacja czy też nacjonalizm. Z tym że zwykle na początku nie dostrzega się różnicy między nim a tzw. patriotyzmem. Niestety, kiedy ma się na to szansę, często jest już za późno, gdyż w kłamliwą nacjonalistyczną grę wciągnięci są już zwykli ludzie, tak jak stało się to w przypadku Ukraińców niezrzeszonych w żadnej organizacji typu UPA, OUN czy NKWD, co do którego zresztą udział w rzezi wołyńskiej ciągle jest dyskutowany wśród historyków.

Dla nas, Polaków, jest oczywiste, kto ponosi odpowiedzialność za ludobójstwo na Wołyniu, dla Ukraińców wciąż nie do końca.

Wydaje się, że Smarzowski w swoim filmie bardziej oskarżył jednak ideologię niż samych ludzi, co nie oznacza przeniesienia winy na Polaków, bo jeśli nawet już musimy odwołać się do danych liczbowych, nawet jeśli liczyć ofiary polskiego odwetu, to różnica między 2000 a – jak podają niektórzy analitycy – nawet 70 000 ofiar jest kolosalna. Szczerze, to mam wątpliwości, czy takie bezpieczne ujęcie tematu mnie zadowala, ponieważ istnieje różnica między niepoczytalnością w trakcie dokonywania czynu zabronionego a determinacją ideologiczną, która niczego nie usprawiedliwia, wręcz przeciwnie. Podobnie zresztą jak w Klerze, Smarzowski wprost nie postawił w Wołyniu kropki nad i. Może to sposób na wywołanie dyskusji? Może reżyser chciał, żeby to widzowie ją postawili? A może nie chciał zaogniać i tak napiętych od lat stosunków polsko-ukraińskich. Dla nas, Polaków, jest oczywiste, kto ponosi odpowiedzialność za ludobójstwo na Wołyniu. Na Ukrainie jednak wciąż niektórzy są zaślepieni patriotyzmem i interpretują owo niechlubne zdarzenie z II wojny światowej jako tzw. wojenny konflikt między Polakami a Ukraińcami, innymi słowy, wojnę polsko-ukraińską. Pojawiają się również oskarżenia, że Polacy współpracowali z nazistami, a Ukraińcy bronili jedynie terenów, które uważali za swoje. Tego typu patriotycznego siebie wybielania Smarzowski celowo nie dotyka. On snuje historię ludzi, tego, jak mogli uratować się od podjęcia niemożliwych moralnie wyborów. Dla naszej świadomości historycznej Wołyń jest jednym z najważniejszych filmów dostępnych na platformie Netflix, a przy tym zadaje kontrowersyjne pytania. Pamiętajmy, że na naszym terenie również mamy agresywny nacjonalizm, a przy odpowiedniej motywacji politycznej mógłby on posłużyć za narzędzie do realizacji podobnie ludobójczych etnicznie celów, tyle że w stosunku np. do Niemców i Żydów.

Cała moja rodzina (2019), reż. Hao Wu

Hao Wu, główny bohater tej ciepłej i chwilami dramatycznej historii, wyjechał z Chin do USA dwadzieścia lat temu. Zostawił w ojczyźnie liczną rodzinę złożoną z rodziców, wujków, kuzynek, cioć itd. Są jednak takie zdarzenia jak np. okrągłe urodziny bliskich, kiedy trzeba wrócić. Czas również nieubłaganie mijał, a rodzice, zwłaszcza ojciec, bardzo chcieli zobaczyć kolejnego wnuka, jak zaznaczyli, takiego prawdziwego, nie adoptowanego. Co więc miał zrobić Hao, gdy życie przyparło go do muru? Musiał w końcu powiedzieć prawdę – że jest gejem. Nie było to łatwe, bo od dzieciństwa był przekonany, że cierpi na jakąś tajemniczą chorobę psychiczną – tak wyczytał w chińskiej książce do psychologii. A co z dzieckiem, a raczej dziećmi, bo jego partner również chciał mieć własne? Znalazł sposób, mimo że posiadał partnera tej samej płci. Dzisiejsza medycyna oferuje liczne możliwości. Mało tego, zaspokoił pragnienie swojego ojca o genetycznym pokrewieństwie dziecka.

Ktoś chyba zapomniał, że osoby homoseksualne z chwilą rozpoczęcia współżycia z osobami tej samej płci nie przestają być płodne.

Cała moja rodzina jest Netflixową produkcją w niezobowiązujący, dowcipny formalnie sposób opowiadającą o problemach z posiadaniem dzieci przez pary homoseksualne. W Chinach pod względem tolerancji takich sytuacji jest z tym duży problem, podobnie jak w Polsce. Tyle że odnoszę wrażenie, że polska propaganda środowisk prawicowych bazuje na budowaniu wrażenia, że pary homoseksualne chcą adoptować dzieci po to, żeby je wykorzystywać seksualnie, bo przecież większość pedofili jest homoseksualistami. Ktoś chyba zapomniał, że osoby homoseksualne z chwilą rozpoczęcia współżycia z osobami tej samej płci nie przestają być płodne. Co więc z ich naturalnym, przyrodzonym prawem posiadania własnych genetycznie dzieci? Cała moja rodzina zaś spogląda na problem z innej strony, mniej ideologiczny, a bardziej po chińsku tradycjonalistyczny, bowiem para homoseksualistów jest prawdziwymi ojcami swoich dzieci, chociaż nie wspólnie. Próbują też przekonać kolejne pokolenia swoich rodzin do tego, że świat się zmienia, Chiny również. I jak się okazuje, jest to całkiem proste, bo Chińczycy potrafią myśleć racjonalnie. A Polacy? Jedno jest pewne – kochają gotowe narracje i mitologiczne opowieści.

Ostatnio dodane