Zestawienie

Najbardziej IRYTUJĄCE FILMY, czyli martwy Han Solo kontra zębate kondomy

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Funny Games (1997), reż. Michael Haneke

Krwawe horrory z tabunami zombie, wylewające się z ekranu flaki i inne wymyślne zabiegi wizualne, żeby tylko wzbudzić strach u widza, są po prostu niczym w porównaniu z tym, co zrobił Haneke. A zrobił jeden z najbardziej brutalnych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem, właściwie nie pokazując żadnej przemocy. Całe zło, które dwaj psychopaci wyrządzają bezbronnej rodzinie, wydarza się wyłącznie w głowie odbiorcy. Haneke używa wyobraźni widza jak generatora, dając mu minimalną ilość paliwa, do którego kulturowo przywykliśmy – jawnego pokazywania cierpienia. Irytująca jest ta świadomość, że przystępując do oglądania filmu, znamy mechanizm całej opowieści. Doskonale potrafimy wyobrazić sobie, co spotka ofiary w Funny Games. Skąd mamy tę wiedzę? Z telewizji? Z uprzednio obejrzanych filmów? Haneke stawia tezę, że wcale tak nie jest. Ta wiedza jest w nas zapisana per naturae, wpojona przed wieloma pokoleniami i uświęcona symbolami. Dwaj mordercy o wdzięcznych imionach Piotr i Paweł, ubrani w białe stroje i zupełnie niewinni z wyglądu, są przykładem owych filarów naszego uwielbienia przemocy. Dlatego wcale nie trzeba hektolitrów wylanej krwi na ekranie, byśmy umieli przeżywać cierpienie innych w swoich spragnionych adrenaliny mózgach i łaknąć go. Funny Games niesłychanie irytują, bo obnażają przed nami samymi naszą potrzebę oglądania zła i skrytego podniecania się nim, a równocześnie uruchamiają w nas poczucie winy, że tak jest. Dwulicowe z nas istoty.

The Room (2003), reż. Tommy Wiseau

Wolałbym, żeby Tommy Wiseau jednak nie okazał się naszym polskim towarem eksportowym do Hollywood, bo to, co nakręcił, jest gorsze nawet niż Botoks, Weekend albo Kac Wawa. Dorównują mu pewnie jedynie Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów i Kondom grozy. Denerwujące w The Room jest właściwie wszystko – zdjęcia jak z taniego wesela, scenografia i muzyka jak z równie taniego niemieckiego pornola, banalne do granic zdrowego rozsądku dialogi, sceny erotyczne tak sztuczne, że chyba nigdy w życiu nie widziałem gorszego i, co najważniejsze, nudniejszego pokazywania erotyki na ekranie, wreszcie sam Tommy z tym swoim „Ha, ha, ha”. Zrobienie takiego filmu zakrawa na zupełną kpinę, a najbardziej irytuje w tym wszystkim to, że robiąc taką szmirę, można zostać w pewnym sensie sławnym. Nie zdziwiłbym się, gdyby Wiseau miał już całkiem spore grono zwolenników i naśladowców. Jeśli będzie wyjątkowo konsekwentny, a fakty pokazują, że tej cechy akurat mu nie brak, zrobi kolejne filmy. Wydaje mi się, że popełniamy duży błąd, zwracając na niego uwagę. On chce, żeby go wykpiwano. Im bardziej zostanie zmieszany z błotem przez krytyków, tym więcej, na zasadzie nawet przekornych reakcji, znajdzie się fanów tego filmowego dna. Będą oni przekonani, że coś tak mocno krytykowane może jest właśnie z powodu owej zajadłości niesprawiedliwie oceniane, niemal jak jakiś Święty Graal sztuki filmowej. Dlatego The Room najbardziej irytuje. Ciągle się o nim gada, a nie powinno się, bo nie ma o czym.

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (2015), reż. J.J. Abrams

Z niemałym podnieceniem czekałem na ten film, bo dość bezkrytycznie przyjmuję wszystko, co dzieje się w głównym wątku Star Wars (nie mylić z serią Gwiezdne Wojny – historie), jednak są granice. Bynajmniej nie chodzi mi o sam film i pewien zawód, który odczułem, oglądając go. Pewną miałkość i odtwórczość całej historii jeszcze przeżyję, bo chociaż w dobrym stylu wizualnym zerżnięto wątki z poprzednich części, to jednak absolutnie nie rozumiem, dlaczego Han Solo musiał zginąć. Irytacja, jaką odczułem, kiedy zobaczyłem jego śmierć, przykryła cały film, który teraz omijam z daleka. Mógł zginąć każdy, nawet sam Skywalker, ale akurat Han Solo był motorem napędowym całej historii od jej zarania. Po jego śmierci Gwiezdne Wojny stały się już historią naprawdę usilnie podtrzymywaną przy ekranowym życiu tylko po to, żeby wycisnąć z widzów i reklamodawców jak najwięcej pieniędzy. Wiem, że Harrison Ford mógł mieć dość kosmicznych przygód. I nawet to rozumiem. Muszę to zaakceptować, bo to filmowy fakt, ale nigdy nie spodziewałem się, że którakolwiek z części gwiezdnej sagi będzie dla mnie aż tak trudna do zniesienia. Nawet osobliwy nos Adama Drivera chowa się przy śmierci Hana.

Ostatnio dodane