Autor: REDAKCJA
opublikowano

LARS VON TRIER. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Przełamując fale

Breaking the Waves (1996)

Obsesja von Triera: religijne poświęcenie

Rafał Oświeciński: Od momentu obejrzenia gdzieś na początku XXI wieku – film, który najmocniej uderzył mnie w trzewia. Film, po którym siedziałem autentycznie oniemiały do zakończenia napisów i w stanie zachwytu i szoku pozostawałem przez kilka dni. I to samo przeżyłem po raz drugi, jakieś 2 lata po pierwszym seansie. To tylko film – powiecie. Oczywiście, Lars von Trier po prostu zrobił tak zwany film, ale mogę wszystkim życzyć, aby jakiś po prostu tak zwany film zrobił z ich emocjami to, co mi zrobił LvT – stan nie do przecenienia, #kinematograficznyorgazm. I co ważne, dokonany z premedytacją przez reżysera świadomie nękającego uczucia widzów, wiedzącego, w jaką strunę uderzyć, aby zabolało. Ilość znaczeń religijnych, tło społeczne, melodramatyczna fabuła, sposób realizacji z rozdziałami (Leonard Cohen nigdy nie brzmiał piękniej) i najlepsza rola aktorska w historii (Emily Watson) – to i jeszcze więcej wciąż wyznacza linie podziału między Przełamując fale i całą resztą filmów.  to za mało. Tutaj moja analiza, gdzie zachwycam się bardziej.

Tomasz Raczkowski: Wybitne dzieło, bodaj najbardziej harmonijnie łączące Vontrierowską subwersję i głęboki namysł etyczny tego reżysera. Momentami piękne, niekiedy szokujące i nieustannie wymykające się jednoznacznemu ujęciu Przełamując fale stanowi wiwisekcję relacji jednostki ze społeczeństwem narzucającym jej normy i oczekiwania. Rozważania von Triera nad istotą, formą i źródłami moralności nie oferują łatwych i ostatecznych odpowiedzi – to raczej zaproszenie do wspólnej zadumy.

Idioci

Idioterne (1998)

Obsesje von Triera: społeczne maski

Tomasz Raczkowski: Jedyny film w dorobku Larsa von Triera nakręcony według zasad Dogmy 95, może w pierwszej chwili odrzucać ascetyczną, pozornie niechlujną formą, a także postaciami głównych bohaterów – udających niepełnosprawnych umysłowo – do których dołącza skryta Karen. Ten koncept jest punktem wyjścia dla niesłychanie głębokiej oraz poruszającej rozprawy humanistycznej o poszukiwaniu wolności oraz społecznych maskach, które nam ciążą. Dla mnie to najmocniejszy film von Triera, w nieprzyjemny sposób wbijający się w świadomość i wymuszający brutalnie reakcję.

Rafał Oświeciński: Brawurowe, odważne i prowokujące dzieło, zdaje się że – wraz z ówczesnym Festen Vinterberga – pierwsze w pełnej zgodzie z manifestem Dogma 95. Na pierwszy rzut oka nieśmieszna komedia o ludziach, którzy robią głupie rzeczy (i kończy się to niezrozumiałą orgią), a na drugie łypnięcie powieką – genialne spojrzenie na role społeczne, niejako socjologiczny eksperyment związany ze świadomym odrzuceniem norm, konwenansów, obyczajów i zasad. Z gorzką puentą. Rewelacja, choć wymaga zarówno cierpliwości, jak i otwartości na to, jak można być i co wypada robić, mówić.

 

Tańcząc w ciemnościach

Dancer in the Dark (2000)

Obsesja von Triera: wyobraźnia, moralność i zło

Rafał Oświeciński: To, co udało się w Przełamując fale – czyli manipulacja uczuciami widzów – von Trier powtórzył w tym niezwykłym musicalu. Emocje są doprowadzone do ekstremum: po pierwsze w roli głównej widzimy bezbronną, ślepą, biedną Selmę (doskonała Björk!), która jest ofiarą okrutnego świata; po drugie, jej muzyczne marzenia są uroczo naiwne, wprowadzają element radości do ponurej rzeczywistości; po trzecie, sprowadźmy na tę biedną bohaterkę i jej fantazje wszystko, co bezduszne, niesprawiedliwe. Efekt? Trauma, szok, wzruszenie i łzy. Słyszycie ten makiaweliczny śmiech Larsa von Triera trzymającego widza na widelcu? Perfidne i wspaniałe.  

Tomasz Raczkowski: Po okresie eksperymentów z kinowym minimalizmem i surowością w Tańcząc w ciemnościach von Trier powrócił do filmowej spektakularności, łącząc fakturę ascetycznego dramatu z pełnym rozmachu musicalem. Każda z tych warstw odpowiada o sferze życia tracącej wzrok Selmy – zmagającej się z okrutnym, pozbawionym poezji światem, przed którego troskami ucieka w świat fantazji. Z tego połączenia rodzi się niezapomniany spektakl, który jednak w typowo vontrierowskim tonie okazuje się nie melodramatem, ale dojmującą tragedią.

Pięć nieczystych zagrań

De Fem benspænd (2003)

Obsesja von Triera: film o filmie

Tomasz Raczkowski: Kiedy Lars von Trier składa komuś hołd, można być pewnym, że nie będzie to zwyczajna laurka. Tak było w przypadku Pięciu nieczystych zagrań, filmu nakręconego wspólnie z wybitnym dokumentalistą i nauczycielem Larsa, Jørgenem Lethem. Hołd to o tyle nietypowy, że polegający na odtworzeniu przez autora filmu Perfekcyjny człowiek według wymagań von Triera. Efektem jest film intrygujący i przewrotny, wpisujący kreatywność artystyczną w system rywalizacji mistrza z uczniem, gdzie dozwolone są wszelkie chwyty, włącznie z manipulacją, oszustwem i prowokacją.

 Rafał Oświeciński: Fajna zabawa w kino. Film w filmie, a właściwie pięć filmów w jednym filmie, bo chodzi o inne spojrzenie na ten sam temat (kolejne ekranizacje eksperymentalnego filmu poety i filmowca, Jørgena Letha). Lars von Trier z łatwością wchodzi w rolę reżysera innego reżysera, co skutkuje wysublimowaną grą z wieloma nieczystymi faulami, podstawianiem nogi i irytacją jednego i drugiego. Ciekawe spojrzenie na proces tworzenia filmu, jakiegokolwiek filmu.

Dogville (2003)

Obsesja von Triera: źródła przemocy

Rafał Oświeciński: Gdybyście szukali kiedyś najbardziej innowacyjnych filmów w historii kina, to z pewnością Dogville powinno zajmować miejsce gdzieś w czołówce. Bardzo filmowe czasy prohibicji, Wielkiego Kryzysu i gangsterów pokazane w bardzo afilmowej formie, bliższej teatrowi, pozbawionej scenografii, zamkniętej w umownej, ascetycznej przestrzeni, która należy do wyobraźni widzów. Z łatwością jednak można wejść w ten świat, w którym nietrudno dostrzec moralną zgniliznę, dwulicowość, zazdrość, które budują tożsamość bohaterów i… widzów. Etyczny kopniak na koniec jest mocno odczuwalny. Przy okazji wielki szacunek dla Nicole Kidman, która nie bała się eksperymentu tego typu w szczytowym okresie swej kariery.

Tomasz Raczkowski: Najbardziej radykalne podejście von Triera do formy filmu – w przypadku autora Idiotów oraz Europy to stwierdzenie robi wrażenie. Dogville nie tylko jednak igra z umownością ekranowego przedstawienia i funkcją scenografii, ale także, a może przede wszystkim, oferuje kolejne głębokie studium relacji jednostki wobec grupy, wskazując na patologiczne formy zależności i źródła przemocy. To film trudny w odbiorze, ale wart owego trudu.

Manderlay (2005)

Obsesja von Triera: niewolnictwo w jankeskich duszach

Tomasz Raczkowski: W wypadku Manderlay mamy do czynienia z jedyną (jak dotąd) zamierzoną kontynuacją w filmografii Duńczyka. Niestety, sequel Dogville nie dorównuje mu poziomem. Intrygujący koncept inscenizacyjny wydaje się już wyeksploatowany, brakuje też Nicole Kidman w roli głównej. Szkoda, tym bardziej że problematyka zniewolenia i wyzwalania rozpisana na społeczność czarnych niewolników w USA miała duży potencjał. Niepozbawiony zalet, ale niespełniony film bez witalności, co uśmierciło prawdopodobnie planowaną część trzecią.

Rafał Oświeciński: Co szydera od von Triera. W formie podobny jak Dogville, a jednak świeży pod względem treści. Znowu mamy narysowane kredą krawędzie domów, znowu uderzająca jest umowność scenografii, dźwięków i znowu traktat o ludzkiej moralności w zetknięciu z niewolnictwem. Myślicie, że biali są zazwyczaj źli, a czarni zwykle dobrzy? Że wszystko jest dość proste, jednoznaczne jak w 12 Years a Slave, Narodzinach narodu lub w Roots? Że poczujecie się dobrze na widok zemsty za jawną niesprawiedliwość i brutalność wobec czarnych niewolników? Nic z tego, Manderlay idzie swoją drogą pełną etycznych wybojów i brutalnie zadawanych kuksańców w dobre samopoczucie.

Ostatnio dodane