Autor: REDAKCJA
opublikowano

KINOWE UNIWERSUM DC. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Filip Pęziński: Film Wonder Woman nie stanowi być może przykładu idealnego blockbustera, ale był bardzo wtedy potrzebnym Warnerowi sukcesem. Spodobał się widzom, krytykom, napełnił kinowe kasy, a przy okazji idealnie wpisał się w rodzący się w Hollywood ruch girl power. Reżyserce Patty Jenkins udało się sprawić, że widz nie miał poczucia obcowania z przynudzającym origin story, a całość stanowi raczej zgrabne kino przygodowe, klimatem przypominające nieco filmy Disneya, produkcje o Indianie Jonesie, a miejscami wyraźnie inspirowane pierwszą częścią Kapitana Ameryki. To lekkie kino, którego aspiracje kończą się na dostarczeniu widzom sprawnej rozrywki. Głównymi zaletami filmu są świetna obsada, bardzo dobry humor i rzetelna realizacja. Film potrafi z kolei rozczarować bardzo kiepsko napisanymi antagonistami oraz tym, że zwyczajnie brakuje mu chwilami pazura. Miejmy nadzieję, że w zapowiedzianej na przyszły rok Wonder Woman 1984 ekipa pozwoli sobie na większe szaleństwo. Na szczęście wszystko na to wskazuje!

Łukasz Budnik: O, mnie Wonder Woman chyba w ogóle nie kojarzy się z filmami Disneya czy historiami o Indianie Jonesie! Bliżej mi do zestawienia tego obrazu z filmami superbohaterskimi z początku XXI wieku. Samo w sobie nie jest to złe, bo i wśród nich znajdziemy udane produkcje, ale właśnie – zabrakło tu pazura i ciekawszego antagonisty, który mógłby ponieść całość i wprowadzić do finałowej walki większe emocje. Przyznaję rację, że świetna jest chemia między aktorami (Gadot i Pine razem na ekranie to strzał w dziesiątkę), ale aż taki sukces tego filmu – abstrahując od jego wartości dodanej dla wspomnianego ruchu girl power – nieco mnie dziwi. Niemniej czekam na kontynuację, również ze względu na osadzenie akcji w latach 80.


Liga Sprawiedliwości

Justice League (2017)

Łukasz Budnik: Wiele już zostało powiedziane na temat tego, że największym przeciwnikiem Ligi Sprawiedliwości okazało się samo studio, które nie tylko odsunęło od projektu Zacka Snydera po tym, jak spotkała go rodzinna tragedia, lecz także zatrudniło Jossa Whedona, by przepisał scenariusz i zajął się dokrętkami. O ile Whedon w 2012 roku świetnie poradził sobie z inną drużyną bohaterów (oczywiście mowa o Avengers), o tyle w tym przypadku jego wizja tak bardzo kłóci się z tą Snydera, że oglądając film, czułem się, jakbym jadł kiszonego ogórka zanurzonego w czekoladzie. Mnóstwo w Lidze Sprawiedliwości kiepskich żartów i miałkich dialogów, przeciwnik jest fatalny, a wizualnie i dźwiękowo to duży krok w tył w stosunku do filmów w całości wyreżyserowanych przez Snydera. Całość broni się dobrze obsadzonymi bohaterami (wyłączając niestety Afflecka, który jest tu cieniem samego siebie z obrazu Batman v Superman) i kilkoma scenami, które rzeczywiście dostarczają sporo frajdy. To jednak za mało, by uznać ten crossover za satysfakcjonujący. Za to Cavill ogolony komputerowo – niezapomniany.

Filip Pęziński: W kinie film mi się podobał, co pozostaje dla mnie największą zagadką zadaną mi przez mój własny mózg, ale powtórka w domowym zaciszu była przeżyciem niemal bolesnym. W wersji zabranej Zackowi Snyderowi i dokończonej przez Jossa Whedona Liga Sprawiedliwości jawi się bardziej jako twór filmopodobny niż pełnoprawna produkcja. Przykro obserwuje się nieporadne próby przekierowania pierwotnego klimatu filmu, bardzo kiepską stronę wizualną, zupełnie bezpłciowego przeciwnika, zmęczonego Afflecka i zdeformowanego Cavilla. Szkoda, że Zackowi Snyderowi nie udało się przedstawić swojej wizji do końca. Szkoda, że taki samograj okazał się kompletnym niewypałem. Szkoda, że ta ekipa w takiej obsadzie już raczej nigdy nie pojawi się na ekranie. Szkoda też słów.

Aquaman

Aquaman (2018)

Filip Pęziński: Prościej powiedzieć, czego tu nie było, a trudniej zastanowić się, co zobaczymy w planowanym sequelu, bo reżyser James Wan opowiedział tu chyba jednocześnie wszystkie historie znane z komiksowych przygód Arthura Curry’ego. O dziwo jednak całość, jeśli chodzi konstrukcję, trzyma się w miarę nieźle, a nie wywrócić się pomaga jej ogrom dystansu, humoru, kolorów, pomysłowego światotwórstwa i cudownie bawiąca się na planie obsada – między Jasonem Momoą i Amber Heard aż iskrzy! Gdybyście chcieli kiedyś przedawkować narkotyki, oglądając przy tym kolejną część Szybkich i wściekłych, to już nie musicie tego robić – James Wan stworzył film dla was. Z Aquamanem jest jak z rudymi dziewczynami – musisz je kochać!

Łukasz Budnik: Na swój sposób fascynujący seans. Co jakiś czas myślałem sobie w trakcie, że hej, brakuje jeszcze jednego elementu, a wtedy zobaczę już wszystko, po czym ten element faktycznie się pojawiał. Nie można filmowi Wana odmówić tego, że serwuje widzowi całe mnóstwo atrakcji, wliczając w to fantastyczną stronę wizualną (neonowa Atlantyda cieszy oczy). Głównie jednak Aquaman stoi Jasonem Momoą, która obdarował tytułową postać takimi pokładami charyzmy i uroku osobistego, że trzeba chyba mnóstwo złej woli, by nie kibicować mu w jego misji. Przy tym, jak wspomniał Filip, ma on bardzo dobrą chemię z Amber Heard i ich wspólną wyprawę ogląda się po prostu bardzo sympatycznie. Przydałoby się jedynie skrócić trochę całość, bo choć od przybytku głowa ponoć nie boli, to jednak takie natężenie efektów komputerowych może nieco zmęczyć. Ale seans przyjemny.

Najlepiej ocenianym filmem okazał się u nas Człowiek ze stali, najgorzej – Legion samobójców. Zachęcamy do udziału w ankiecie, która zweryfikuje wasze zdanie na ten temat! Tymczasem czekamy, gdzie już wkrótce uplasuje się Shazam!.

Ostatnio dodane