Zestawienie

GORSI od DIABŁA? NAJPODLEJSI więzienni STRAŻNICY

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Mutsushiro Watanabe (Miyavi), Niezłomny (2014), reż. Angelina Jolie

Nie wiem czym Miyavi bardziej mnie zaskoczył – muzyką, która uprawia, czy umiejętnością stworzenia niesamowicie mrocznej postaci komendanta Watanabe. Bo obiektywnie trzeba stwierdzić, że natura obdarzyła go niesamowitą urodą, a zwłaszcza oczami, które mają w sobie i niesamowitą niewinność, a zarazem bezdenne szaleństwo. Postać Watanabego, najpierw kaprala, a później sierżanta cesarskiej armii japońskiej nie jest jednowymiarowa. A im większy ma on kontakt z tytułowym Niezłomnym (Zamperini), tym lepiej uświadamiamy sobie, że agresją maskuje jedynie swój ogromny strach i niedowartościowanie. Został przecież niemal zesłany wraz z więźniami do obozu jenieckiego, gdzie nie może realizować swoich dziecięcych marzeń o staniu się oficerem, wielkim następną swojego ojca. Każde wypowiedziane do Zamperiniego zdanie „Nie patrz na nie” ma coraz bardziej histeryczny wyraz, aż w końcu wszystko w Watanabe pęka. To ciekawe, przecież mógłby zabić swojego amerykańskiego wroga w każdym momencie ich mentalnego starcia, ale dobrze wie, że nie o taką wygraną chodzi. Rozważając postać Watanabego w tej perspektywie, nie jest on bezmózgim sługusem pokroju kapitana Hadley’a ze Skazanych na Shawshank. Jego agresja ma swoistego rodzaju kodeksowe granice, oczywiście rozumiane po japońsku – ugiąć się, przestraszyć to przegrać, a przegrać, to utytłać samego siebie w gorszym niż śmierć poniżeniu. Stąd zapewne Watanabe nie może zabić Zamperiniego dopóki go całkiem nie złamie, inaczej zwycięstwo nad samym ciałem wroga nie będzie pełne, nie da mu dumy z siebie, a jej Japończyk potrzebuje bardziej niż czegokolwiek. Z początku myśli więc, że trafił na wroga, którego warto pokonać, ale słabością Watanabego jest to, że bardziej się boi przegrać, niż jest w stanie być bezlitosny.

Pułkownik Saito (Sessue Hayakawa), Most na rzece Kwai (1957), reż. David Lean

Zarówno Watanabe jak i Saito są nie tylko strażnikami, ale i pełnią funkcje kierownicze w swoich więziennych obozach. Można by ich pomylić z cywilnymi naczelnikami, a im z kolei należy się osobny tekst. Nic bardziej mylnego. Watanabe i Saito znaleźli się w tym zestawieniu z prostej przyczyny – nie pełnią służby cywilnej w warunkach pokojowych, co tworzy z nich wyśmienite przykłady mundurowych strażników, na dodatek mających pełnię władzy. Pułkownik Saito jest jakby dalszym etapem rozwoju sierżanta Watanabe. Podstawowa różnica między nimi to zaufanie do kodeksu Bushido. Saito jest znacznie dalej na swojej drodze wojownika, co pozwala mu myśleć w czasie stosowania przemocy i nie łamać się tak szybko, jak stało się to z psychiką Watanabe. Jego sposób okazywania wyższości więźniom-oficerom jest zupełnie inny – wręcz racjonalny. Mając w ręce wszystkie atuty i pozycję, Saito potrafi negocjować, co czyni go w fabule Mostu na rzece Kwai, partnerem, mrocznym i niebezpiecznym, ale jednak partnerem do rozmowy dla angielskich jeńców, zwłaszcza dla pułkownika Nicholsona (Alec Guinness). Co ciekawe obaj pułkownicy są niemal granicznie wierni zasadom i dla owych zasad poświęcą zwykłych żołnierzy. Saito nie spodziewał się, że trafi na kogoś takiego, że ten ktoś nagnie jego przecież z założenia niepodatne na to reguły. Ale jak sam twierdzi, nie można uciekać od rzeczywistości. Jest nią niekończąca się budowa mostu, obóz i to, co się w nim dzieje, a nie idealistyczne zasady. Im szybciej KAŻDY z nich to zrozumie, tym większa będzie szansa na przeżycie ich obu tej wojny.

Eddie Caldwell (Everett McGill), Więzień Brubaker (1980), reż.  Stuart Rosenberg

Kandydatów na najpodlejszego strażnika było kilku. Co ciekawe, wszyscy są więźniami, kimś w rodzaju współczesnych wersji kapo, tyle że funkcjonującymi nie w stanie wojny, ale z własnej woli, bo nawet uciec nie mają ochoty, a także mają broń. Lizodupiec Roy Purcell (Matt Clark), potrafiący się ustawić, ale nie do końca zepsuty Dickie (Yaphet Kotto), pijak i morderca Huey Rauch (Tim McIntire), to mocni kandydaci, ustępujący jednak zupełnie jednemu człowiekowi. Więzień funkcyjny Caldwell z kamienną twarzą, wycofany, niebezpieczny, trudny w porozumieniu, czerpiący przyjemność z przemocy, najbardziej psychopatyczny okaz w tej całej kamaryli więzienia Wakefield. Boją się go właściwie wszyscy, co ciekawe w pewnym sensie nawet scenariusz. Caldwell snuje się po planie filmowym jak cień, zawsze gotowy do zadania bólu, niemal jak ręka bezrozumnej sprawiedliwości. Tak sądzę. Służyłby z podobnym oddaniem każdemu, niezależnie od jego ideałów, bo dla takiego narzędzia liczy się jedynie brutalne działanie. Dużym zgrzytem w fabule jest zupełny brak kontaktu naczelnika Brubakera (Robert Redford) z Caldwellem. Od początku jest on przecież zaprezentowany jako jeden z najgorszych sukinsynów w więzieniu, więc nowy szef z tak wielkim sercem dla więźniów powinien w pierwszej kolejności się z nim rozprawić, a tu nawet jedno słowo nie pada wobec Eddiego, jakby faktycznie żył on w swojej własnej rzeczywistości, której nie może zmienić nikt, podobnie jak obiektywnego świata otaczającego Wakefield. Ostatecznie Brubaker przecież odchodzi, a Caldwell zostaje. Znów może używać swojego pasa, znów może zabijać nieposłusznych więźniów, bo tak naprawdę to, co robi jest zgodne z oczekiwaniem otaczającej więzienie społeczności.

Percy Wetmore (Doug Hutchison), Zielona mila (1999), reż. Frank Darabont

Strażnicy więzienni to ludzie, więc wnoszą do swojego zawodu całe swoje życiowe doświadczenie, naturę i skłonności. Jeśli ktoś jest dupkiem poza swoim zawodem, pewnie będzie strażnikiem więziennym i dupkiem jednocześnie. Percy Wetmore łączy w sobie wszystkie cechy dupka i to niezbyt inteligentnego, nawet te w ludowych poglądach uznane za „gorsze”, a więc kurczakowatą twarz, niski wzrost, a dodatkowo skłonność do donoszenia, przemocy, pyszałkowatości i niczym nieumotywowanej dumy z własnego postępowania. Nic, tylko go znienawidzić, albo nabrać przemożnej chęci, żeby któryś z więźniów porządnie mu wytłumaczył podstawy kulturalnego zachowania. Czy Percy by zrozumiał? A to niestety wątpliwe. Jego postać skonstruowana jest tak specjalnie, na zasadzie przeciwwagi dla charakterów pozostałych strażników, którzy są z kolei wyjątkowo dobrzy. Można by powiedzieć, że aż za bardzo, wręcz uczuciowi, jakby opiekowali się pacjentami szpitala psychiatrycznego. W pewnym sensie oddział cel śmierci nieco przypomina całkowicie odrealnione miejsce pobytu szaleńców, włączając w to strażników. Jedynym człowiekiem, który tam nie pasuje jest właśnie Percy. On pragnie zadać komuś śmierć. Podnieca go oglądanie egzekucji. Najbardziej jednak chce sam ją zadać. To wewnętrzna potrzeba jego dupkowatej osobowości. Pewnie naiwnie sądzi, że skoro uśmierci zgodnie z prawem jakiegoś zwyrodnialca, nagle przestanie być ostatnim fagasem. Jest zbyt głupi, żeby uświadomić sobie, że nie przez śmierć innych biegnie droga ludzkiej mądrości.

Ostatnio dodane