Zestawienie

GNIEW BOHATERÓW. Sceny, w których postać EKSPLODUJE od emocji

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano
W kinie, tak jak i w życiu, przychodzi taki moment, że człowieka bierze jasna cholera we własnej osobie. Na ekranie jednak ma to odpowiednią podbudowę oraz oprawę (także muzyczną), więc scena, gdy bohater traci nerwy, najczęściej zapowiadając tym samym krwawą jatkę, która za moment rozegra się na naszych oczach, potrafi być małą perełką dla poławiaczy tego typu (nad)ekspresji. Oto kilka wybranych chwil z wielu pamiętnych filmowych cisz przed burzą, tudzież kumulacji gniewu przed jego ujściem (bez Hulka, który jest zawsze wkurzony). Wściekle atakujcie też komentarze własnymi przykładami.

Baby Driver

Sfrustrowany makler (?), który zajmuje się złodziejskim fachem dla podbicia adrenaliny, przez większość filmu jawi się jako w sumie przyjazny typ, z którym spokojnie można by się napić piwa. Sytuacja zmienia się dopiero w finale, gdy traci swój prawdziwy skarb, czyli piękną Eizę González. To właśnie wtedy w Buddym coś pęka i już do końca pozostaje prawdziwym człowiekiem-terminatorem. W sumie już wcześniej można się tego było spodziewać, bo gdy trzeba było, Buddy potrafił przybrać minę „nie zadzieraj ze mną, bo ci wyrwę serce” i być przy tym jak najbardziej wiarygodnym. Jednakże dopiero moment zrobienia z jego ukochanej sita sprawił, że Buddy przestał być najlepszym kumplem Baby’ego. I trudno mu się dziwić.

Gorący towar

Właściwie Clint Eastwood mógłby odebrać tutaj symboliczną nagrodę za całokształt twórczości, bo niemal w każdym filmie trafia mu się chwila, w której przybiera grymas, jakby miał za moment eksplodować. Stawiam jednak na tę retro zgrywę z lat 80., w której prologu Clint aka porucznik Speer traci humor nie dlatego, że na jego oczach dwóch drabów demoluje knajpę jego kumplem, ale dlatego, iż w całym tym ferworze jeden z nich potrąca go i wylewa mu świeżo zaparzoną kawę. Zbliżenie na charakterystyczne spojrzenie legendy jest wprost bezcenne – nawet barman wie, co się święci.

John Wick

Gniew czai się też od samego początku w panu Wicku. Chociaż twarz Keanu Reevesa (nigdy) nie zdradza za dużo, to gdy tylko typ schodzi do piwnicy z młotem i zaczyna robić nieplanowany remont pomieszczenia, tuż po tym, jak pochował swojego szczeniaka, jego cierpienie aż wylewa się z ekranu niczym krew z windy w Lśnieniu. A potem jest jeszcze lepiej, czego kulminacją kultowa (?) już scena, w której związany i szykowany na rychłą śmierć Wick oficjalnie zapowiada swój powrót do zabijania (na zlecenie, bez zlecenia – obojętne). I oto wiemy, że jego wojna dopiero się zaczęła…

Krwawy sport

A skoro już o kulcie mowa, to trudno o lepszy przykład niż Ja Vam Damme i turniej Kumite, w którego niezwykle emocjonalnym finale zostaje nagle podstępnie oślepiony. Z Belga co prawda żaden wielki aktor i dzisiaj jego nadekspresyjne miny, którym wtóruje zwolnione tempo oraz krzyk rozpaczy, mogą już niezamierzenie śmieszyć w tym całym rozsadzaniu ekranu. Niemniej swoje zadanie spełniają, bo widząc ten moment, po którym przychodzi czas wyciszenia i medytacji (sic!), my już wiemy, że nawet gdyby na arenie było trzech Bolo Yeungów, Jean-Claude rozniósł by ich w pył na ślepo.

Obcy – decydujące starcie

Piękny, energiczny sequel ponurego horroru przynosi Ellen Ripley kilka momentów chwały, które jako pierwsze przychodzą na myśl w tym temacie. Primo – scena, gdy nasza uzbrojona po zęby bohaterka udaje się na ratunek Newt, dosłownie zjeżdżając do piekła (jak i w ogóle całe dozbrajanie się z morderczymi myślami wypisanymi na twarzy). Secundo – słynne „odsuń się od niej, ladacznico!”, które następuje już w finale i poprzedza piękny damski pojedynek mano a mano. Moim ulubionym jest jednak chwila pomiędzy nimi, kiedy to znajdując się z uratowaną dziewczynką w samym środku „gniazda” Obcych i po angielsku się wycofując, Ripley zdaje sobie sprawę, że królowa zrobiła ją w… cóż, jajo – wtedy nasza heroina z wyraźnym przekąsem przechyla głowę w bok, wyraźnie dając do zrozumienia, że żarty się skończyły. I faktycznie, sekundę później zaczyna robić jajecznicę aż miło.

Rambo II vs John Rambo

Tego pana nie mogło tu zabraknąć, choćby i z powodu bezustannego tłumienia w sobie echa wojny oraz codziennego doznawania upokorzeń od osób, które na tej wojnie nie były. Jednakże crème de la crème wietnamskiego wkurzenia przypada według mnie na dwie parzyste części przygód Johna J. W dwójce ma ono ujście w efektownym finale, w którym Rambo zaczyna pruć z karabinu M60E3. Zanim jednak do tego dochodzi, przybiera on twarz Ponurego Kosiarza tuż po tym, jak własnoręcznie pochował śliczną Co, w imię której już po chwili kosi całe zastępy wrogów za pomocą łuku. Łuk i John to także dobrana para w „czwórce”, gdzie już nikogo nie trzeba mścić, choć wkurw Rambo wydaje się tam jeszcze większy – zwłaszcza w tej krótkiej chwili przed ścięciem wrogiego dowódcy i dorwaniem się do działka Browninga M2. Pomimo aktorskich braków Stallone’a scena ta ma większy ładunek emocjonalny niż cały Ojciec chrzestny – i przekazuje równie dużo informacji co cała mafijna trylogia.

Ostatnio dodane