Zestawienie

Filmy, które PRZEKŁAMUJĄ historię

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Filmy nie są podręcznikami historii i w żadnym wypadku nie powinny być traktowane jako źródło historycznej prawdy. Osobną kwestią jest to, czy tę prawdę znajdziemy w kronikach, relacjach świadków, protokołach, notatkach, dziennikach i innych dokumentach. Zawód scenarzysty wymaga od autora solidnego przygotowania, researchu i nabycia sporej wiedzy w tematyce, której poświęca swoje dzieło – ale nie wymaga od niego mówienia tylko i wyłącznie prawdy. Zasłaniając się twórczą licencją, artyści mogą naginać, pomijać lub przeinaczać fakty. Bywa, że te zabiegi są umotywowane wymogami sztuki – zwiększają dramatyzm, zaskakują, umożliwiają stworzenie niezapomnianych scen. Istnieją jednak przypadki filmowców, którzy nagięli fakty do tego stopnia, że wytworzyli swego rodzaju alternatywną wersję historii, która może być krzywdząca i nieuczciwa wobec osób, których dotyczy. Przyglądamy się filmom, które zakłamują historyczne fakty. 

Midnight Express, scen. Oliver Stone

Przez zakrzywiony obraz rzeczywistości zaprezentowany w filmie turecka branża turystyczna zanotowała wyraźne spadki przychodów, a kraj jako taki padł ofiarą stereotypów.

Nie będę ukrywał, że pod względami artystycznymi film Alana Parkera jest dla mnie pozycją wyjątkową. Obraz tureckiego więzienia jest brutalny i ponury, a jednocześnie, na swój sposób, zjawiskowo piękny. Przerażające miejsce w obiektywie Michaela Sarasina wygląda niemal poetycko, dzięki sugestywnej grze świateł, cieni, faktur i kolorów. Express to także aktorski tour de force w wykonaniu Johna Hurta, wcielającego się w więźnia mentora, uczącego nowych skazanych życia w odmiennej rzeczywistości. Z drugiej strony, jest to początek wielkiej kariery jednego z największych kłamców amerykańskiego kina – Olivera Stone’a, który za adaptację autobiografii Billy’ego Hayesa został w 1977 roku wyróżniony Oscarem. Fakty są takie: Hayes był amerykańskim przemytnikiem narkotyków z kilkoma „sukcesami” na koncie. W 1970 roku próbował wywieźć z Turcji kilka kilogramów haszyszu. Wzmożona kontrola na lotnisku dnia 6 października, wynikająca z zagrożenia terrorystycznego, okazała się dla Hayesa tragiczna w skutkach. Mężczyzna został przyłapany, a następnie skazany na pięć lat więzienia. Wyrok, jak na tureckie standardy prawa karnego dotyczącego przestępstw na tle narkotykowym, był stosunkowo niski.

Krótko przed końcem odsiadki sprawa została ponownie rozpatrzona – tym razem wymiar sprawiedliwości zasądził dożywocie. Nie pomogły próby przekupienia adwokatów i urzędników przez rodziców Hayesa. Podczas rozprawy sądowej Hayes wygłosił mowę, która szybko ewoluowała w obiegową prawdę o Turcji. Hayes wypowiadał się niepochlebnie o tureckim narodzie, państwie i kulturze. Jakiś czas później wyrok dożywocia zamieniono na 30 lat więzienia, a Hayesa przeniesiono do placówki o mniejszym rygorze, umiejscowionej na wyspie. To stamtąd Hayes dokonał brawurowej ucieczki – łapiąc tytułowy, symboliczny „ekspres o północy”. Do wyjściowego materiału, jakim była książkowa relacja Hayesa, Stone dołożył sporo dramatycznych wydarzeń, które nie miały nic wspólnego z prawdą – w scenariuszu późniejszego twórcy Plutonu znalazły się takie sceny, jak odgryzienie przez Hayesa języka współwięźniowi, seksualne wykorzystywanie skazanych przez strażników oraz próba gwałtu na Hayesie przez pracownika więziennej służby i przypadkowe zabicie tegoż pracownika przez bohatera, co stało się bezpośrednią przyczyną ucieczki. Przez zakrzywiony obraz rzeczywistości zaprezentowany w filmie turecka branża turystyczna zanotowała wyraźne spadki przychodów, a kraj jako taki padł ofiarą stereotypów. Hayes stał się wrogiem publicznym w Turcji, nieskutecznie ściganym przez Interpol. Po latach mężczyzna przeprosił za swoje słowa i odciął się od elementów filmu, które nie miały nic wspólnego z prawdą. Historia filmu Midnight Express frapuje elementami manipulacji i przekłamania, jakich dopuszczają się czasem artyści, ale także – a może zwłaszcza – łatwowiernością i podatnością publiczności na wszytko, co pokaże się jej na dużym ekranie. 

Operacja Argo, scen. Chris Terrio

Splendor udanego ratunku w Operacji Argo przypada Amerykanom, zwłaszcza agencji CIA.

Kultywowany przez dekady model hollywoodzkiego filmu sensacyjnego to taki, w którym obywatele amerykańscy ocalają miasto/hrabstwo/stan/kraj/kontynent/świat/Układ Słoneczny/galaktykę od zagłady. Nie inaczej jest w przypadku Operacji Argo, która w 2012 odniosła raczej niespodziewany sukces komercyjny i artystyczny, zgarniając między innymi Oscara za film roku i zdecydowanie pozytywne recenzje. Film w istocie jest świetnym thrillerem, w dodatku – opartym na prawdziwej historii, i to historii absolutnie szalonej! Podczas irańskiej rewolucji roku 1979 grupa radykałów opanowuje amerykańską ambasadę, biorąc 52 zakładników. Sześciu dyplomatom udaje się uciec i schronić w domu Kena Taylora. Taylor był kanadyjskim ambasadorem i odegrał kluczową rolę w planie ewakuacji szóstki zbiegów. Dostarczył rządom amerykańskiemu i kanadyjskiemu potrzebne informacje, współpracował z agencjami wywiadowczymi obu krajów, pomógł w organizacji pierwszej nieudanej próby odbicia zakładników – operacji „Eagle Claw”. Tymczasem w filmie jego postać jest zupełnie zmarginalizowana, podobnie jak udział Kanady w całym przedsięwzięciu.

Splendor udanego ratunku w Operacji Argo przypada Amerykanom, zwłaszcza agencji CIA, której pracownik – Tony Mendez – jest głównym bohaterem filmu, a wciela się w niego nie kto inny, jak sam reżyser – Ben Affleck. W ramach zupełnej dygresji wspomnę, że jest to przykład najbardziej nieistniejącego aktorstwa w historii filmów nominowanych do Oscara za najlepszy film – Affleck w tym filmie nie drażni, jak mu się zdarza, ale jego rola – w sensie reakcji postaci na wydarzenia – jest wynikiem wyłącznie umiejętnego montażu, bo Affleck w większości scen po prostu jest, stoi, patrzy, mówi. Wracając do głównego wątku – w rzeczywistości Mendez spędził w Iranie 1,5 dnia, a ewakuacja zakładników na lotnisku przebiegła bez żadnych incydentów. Po premierze filmu podniosło się larum, a w ramach krytyki cytowano między innymi prezydenta Jimmy’ego Cartera, który stwierdził, że operacja „Argo” udała się w 90% udziałowi Kanady. W konsekwencji tych głosów twórcy zdecydowali się dodać tablicę tekstową ze stwierdzeniem, że operacja stanowi przykład udanej współpracy międzynarodowej. Tablica tablicą – ale Argo to kolejny film, według którego Hollywood i CIA to zgrany duet zbawców świata. I jak Hollywood miałoby go nie pokochać? 

Ostatnio dodane