Zestawienie

Filmy CHRZEŚCIJAŃSKIE LEPSZE od NIEDZIELNEJ MSZY

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Z punktu widzenia chrześcijanina nie ma nic ważniejszego od niedzielnej mszy. Bo nie ma nic ważniejszego od spotkania z Bogiem. I rzecz jasna, nie moja w tym rola, by zachęcać kogokolwiek do zmiany swego stanowiska. Jeśli jednak jesteście podobni do mnie i wiecie, że oglądanie filmu może też pełnić funkcję modlitwy, zapraszam was do seansu tych kilku wyjątkowych, niejako natchnionych obrazów. Krzewią one wartości religijne i moralne, pobudzając do myślenia, także tego krytycznego. Co ważne, robiąc to mądrze, z wyczuciem, ale i z odpowiednim ciężarem – emocjonalnym i narracyjnym. Kilka z nich trafiło nawet na watykańską listę najbardziej wartościowych filmów fabularnych.

Misja

Mógłbym napisać, że jest to skończone arcydzieło kina chrześcijańskiego i trudno by z tym było polemizować. Mógłbym też napisać, że jest to film, bez którego ta lista byłaby niepełna, dlatego wypadało właśnie od niego zacząć wyliczankę. Z tym pewnie także byście się zgodzili. Najważniejsze jest jednak rozumieć, na czym polega wyjątkowość tego dzieła w kontekście chrześcijańskich przesłań. Misja opowiada bowiem o akcie pokuty, idącej za tym niezwykłej przemianie oraz przede wszystkim o wierności chrześcijańskim zasadom. Wszystko przy udziale egzotycznego anturażu, cudownej muzyki Ennio Morricone oraz wybitnego aktorstwa. Żałujący swych grzechów były łowca niewolników stara się za wszelką cenę wynagrodzić tubylcom wyrządzone krzywdy. Zadośćuczynienie zostaje docenione, przez co bohater sam wstępuje w szeregi jezuitów. Od teraz gotów będzie oddać życie za Indian, oddać życie w imię słusznej sprawy. Idąc w ten sposób śladem pewnego Żyda, który za określanie się mianem mesjasza został ukrzyżowany na Golgocie. Nie mam wątpliwości, że Misja to lektura obowiązkowa każdego szanującego się chrześcijanina, wyrywająca ze strefy komfortu, zadająca sporo bólu, ale trafiająca do serca swymi prawdami niezwykle skutecznie.

Egzorcysta

Trudno jest mówić o słynnym filmie Williama Friedkina jako o typowym filmie chrześcijańskim. Niejednemu z was zapewne to dzieło nie będzie pasować do tej listy, jako że reprezentuje gatunek horroru, który, co do zasady, ma wydobywać z nas strach. A strach, jak wiadomo, jest domeną nie Boga, ale szatana. Nie zapominajmy jednak, kto jest głównym bohaterem tej historii oraz na czym polega jego zadanie. Max von Sydow, niegdysiejszy odtwórca roli Jezusa w Opowieści wszech czasów, tym razem przybiera kostium jego wiernego sługi, ojca Merrina. Zostaje on skonfrontowany z najwyższym złem, ukrywającym się w ciele dwunastoletniej dziewczyny. Egzorcysta spełnia funkcję filmu chrześcijańskiego z dwóch powodów. Po pierwsze, wykazuje, że są takie dziwy na naszym ziemskim padole, które filozofom się nie śniły, a których neutralizacja nie jest możliwa przy udziale naukowych metod. Innymi słowy, tam, gdzie lekarz niedomaga, tam potrzebny jest już ksiądz. Po drugie i najważniejsze, Egzorcysta w sposób mocno sugestywny raz jeszcze daje do zrozumienia, że zło istnieje, zło czuwa i zło będzie miało się bardzo dobrze, jeśli tylko twoje serce otworzy się na jego działanie. Może i dla higieny psychiki chrześcijański widz winien unikać zagłębiania się w lęku, ale jestem zdania, że wypada także nauczyć się z nim obyć. Pozwolić mu wejść, wyciągnąć wnioski z jego obecności, po czym z bożą siłą wskazać mu drzwi wyjściowe.

Goście Wieczerzy Pańskiej

Poznajemy pastora, który przeżywa kryzys wiary...

Szwedzki twórca nieraz pokazał, jak istotna jest dla niego etyka chrześcijańska, którą lubił traktować jako punkt wyjścia dla podejmowanej problematyki. Jak żaden inny europejski reżyser, potrafił sięgnąć po ostateczne, najtrudniejsze pytania, czyniąc to jednocześnie niezwykle skromnie, cicho, z dużą dozą wyczucia wobec uczuć swego widza. W jego Gościach Wieczerzy Pańskiej poznajemy pastora, który przeżywa kryzys wiary. Uczucie jakże dobrze znane bogobojnym chrześcijanom, jednocześnie bardzo skutecznie przez nich wypierane. Znamienna jest w filmie scena, w której pastor rozkłada ręce, nie potrafiąc pomóc targanemu depresją mężczyźnie. Wie bowiem, że nie stanowi najlepszego wzoru do naśladowania, przez co nie chce tworzyć przed rozmówcą swojego fałszywego portretu. Doprowadza to, rzecz jasna, do tragedii, która wiedzie bohatera do ponownego zagłębienia się w pustce, jaką odczuwa. Moją uwagę zwróciło, że główny bohater przez cały czas trwania filmu jest przeziębiony. Jak to u Bergmana bywa, ma to oczywiście swoje ukryte znaczenie – podkreśla, że istota kryzysu protagonisty polega na zrozumieniu swej kruchości, śmiertelności, ale też samotności względem milczącego Boga. Na osobne brawa zasługuje świetna rola Gunnara Björnstranda.

Ostatnio dodane