search
REKLAMA
Zestawienie

Filmy bardziej AKTUALNE DZIŚ niż w dniu premiery

Jacek Lubiński

28 stycznia 2021

REKLAMA
Wydaje się, iż łatwym zadaniem jest wytykanie starszym produkcjom ich wieku, a co za tym idzie ganienie poszczególnych ich elementów – czy to czysto technicznych, czy też społeczno-kulturowych – za to, iż nie udało im się oprzeć upływowi czasu i że tym samym nie pozostają modne, świeże, nie uwzględniają najnowszych problemów. Sęk w tym, że u podstaw większości filmów leżą uniwersalne prawdy i historie, które dobrze opowiedziane pozostają ponadczasowe – a nawet ich wartość rośnie z czasem. Są też i takie, których aktualność zawsze będzie podstawowym wykładnikiem z prostego powodu: natura ludzka oraz powtarzające się błędy naszej cywilizacji wciąż produkują podobne problemy, wokół których kręcimy się w kółko, nie chcąc lub nie potrafiąc ich rozwiązać. Niekiedy mogą one przez lata kumulować się niezauważenie gdzieś z boku lub wysyłać sygnały zwiastujące ich nadejście. Część z nich da się logicznie przewidzieć na długo przed tym, inne łatwo jest podsumować w szerszym kontekście, który plebs nadgryza co chwila po kawałeczku z każdej strony, nigdy nie odnosząc się do niego w całości. Oto przykłady takich filmów, które w momencie premiery stanowiły niezobowiązującą rozrywkę z przestrogą. Ostrzeżenie zostało zignorowane, więc obecnie mówią więcej o nas samych i o naszej rzeczywistości, niż chcielibyśmy przyznać.

Biały pies, reż. Samuel Fuller (1982)

Rzecz o rasizmie, w piękny sposób przypominająca, że nie działa on tylko w jedną stronę. Film bezcenny w obecnych czasach, gdy całe zło tego świata zwala się na białego diabła, czego rezultatem jest wychowana przez wilki klasa średnia, która rzuca się sama sobie do gardła, przy jednoczesnej aprobacji czarnych i, przede wszystkim, koszernych psów. To z kolei sprawia, że cierpi całe stado, bynajmniej nie jednakowo. To zaognia podziały, podsyca tenże rasizm oraz sprawia, że potrafi on zakwitnąć na nowo. Słowem: droga donikąd – a i to przy dobrych wiatrach. Przy złych rezultatem może być zniewolenie i holokaust. Czyli powtórka z rozrywki. W dobie niszczycielskich ruchów typu BLM oraz jednostronnej, piętnującej każdy możliwy sprzeciw lewackiej aka „demokratycznej” narracji, która napuszcza te wszystkie psy na siebie, aktualność tego filmu jest wręcz drastyczniejsza od jego przemocy.

Contagion – Epidemia strachu, reż. Steven Soderbergh (2011)

Rzecz oczywista, bo i walczymy w końcu z wirusem. Ten filmowy jest co prawda o wiele bardziej śmiertelny, a fikcyjne rządy zdają się lepiej panować nad sytuacją, lecz chaos wywołany przez zagrożenie i strach, a także konsternacja, izolacja oraz niepewność są w sumie podobne. Źródło wirusa oraz ekspansja również się pokrywają. Ciekawe, że powstała pomiędzy pandemiami produkcja nie wpisuje się w sumie w żadną z nich i pozostaje przy tym nawet bardziej wiarygodna od prawdziwych. Ta poprzednia rozeszła się bowiem po kościach. Z kolei w obecnej za dużo jest wszechobecnego cyrku i działań prewencyjnych, które są bardziej szkodliwe od samego wirusa i tym samym odbierają mu siłę. Paradoksalnie Contagion jest więc bardziej wiarygodny od Covida. Dobrze to czy źle?


Wersja skrócona


Dziwne dni, reż. Kathryn Bigelow (1995)

Co prawda techniki widzianej w tym cyberpunkowym tytule szczęśliwie nie udało się (jeszcze) powtórzyć, ale cała reszta w sumie się zgadza. Inna sprawa, że jest to przypadek, który należałoby odmienić przez pryzmat współczesności nie tyle na bazie poszczególnych elementów fabularnych (jak morderstwo na tle rasowym, policja kontra społeczeństwo, zamieszki czy, nawet bardziej przyziemne, odliczanie do nowego roku w dobie chaosu), ile ogólnej atmosfery. Te pierwsze były bowiem zawsze uniwersalne, a Bigelow już na etapie scenariusza bazowała na rzeczach z telewizyjnych wiadomości, więc gdyby cofnąć się z tym filmem do przeszłości – niekoniecznie tak odległej, jak ta, którą wybrał Marty McFly – to też by działał. Niemniej w ćwierć wieku od premiery nie tylko nic się w pewnych kwestiach nie zmieniło, ale też ogólny krajobraz po bitwie jakby znajomy…

The International, reż. Tom Tykwer (2009)

Oldskulowa sensacja bazująca na śledzeniu konotacji, wpływów i możliwości współczesnych banków bynajmniej nie była odkrywcza dekadę temu. Zresztą w pewnym momencie całość wyraźnie skręca w stronę kina akcji, co jednak nie zabija jego atmosfery i wydźwięku. Ten powinien być dziś czymś oczywistym, a mimo to wyraźnie cierpnie od niego skóra – szczególnie gdy uzmysłowimy sobie, że przez te dziesięć lat banki i wielkie korporacje zyskały jeszcze więcej praktycznie niekontrolowanej przez nikogo władzy i zaplecza, a kasta bogatych facetów w garniturkach coraz bardziej lekką ręką kieruje losami świata oraz życiem zwykłych ludzi. W filmie nie dało się ich zatrzymać, a wszelkie działania głównych bohaterów były iście syzyfową pracą. Jak udowodnia cały czas 2020/21, w prawdziwym życiu jest jeszcze gorzej – mimowolnie stworzyliśmy sobie nietykalną hydrę.

Oni żyją, reż. John Carpenter (1988)

Klasyk SF jako krytyka konsumpcjonizmu, który robi ludziom wodę z mózgu. Kupuj, oglądaj telewizję, konsumuj, śpij, bądź posłuszny, rozmnażaj się, podporządkuj… – to ukryte hasła podświadomie przekazywane za pomocą prasy, telewizji, reklam i kontrolowane przez ukrywających się pośród nas kosmitów, którzy z pomocą wtajemniczonych elit żerują na naszej niewiedzy i naszych zasobach. Tylko nieliczni są w stanie dostrzec prawdę, jednak w większości są z miejsca dyskredytowani, a następnie usuwani z widoku – na przykład przez dbającą o „prawo i porządek” policję. Czyż to nie piękna alegoria na przykład komunizmu – wcześniej także poddanego fantastycznej paranoi w obu wersjach Inwazji porywaczy ciał – który również przy pomocy technologii i zmowy milczenia powraca obecnie do łask? Albo rozkładającej Zachód polityki tak zwanej lewicy, która przedstawioną u Carpentera Amerykę zaczyna wyzyskiwać w podobny sposób, zamieniając ją z wolna w przyszły kraj Trzeciego Świata? Można też za kosmitów spokojnie wstawić tu Syjonistów, którzy założyli całemu światu okulary Holocaustu, skutecznie zabijając jakąkolwiek krytykę i odwracając uwagę od swoich działań. A gdy okulary zamienimy na maseczki, mamy jako żywo pandemię koronawirusa, pod której płaszczykiem rządy uskuteczniają swoje agendy i przekręty, wprowadzają nowe podatki, rozkradają społeczeństwo. Są też i w końcu uchodźcy – oni żyją między nami, także skryci za odpowiednio skleconą propagandą, która ma racjonalizować ich kolejne fale oraz stawiać ich wartości i racje ponad narody danych krajów. Jakkolwiek by nie odczytywać tej historii przez współczesny pryzmat, zawsze działa. Choć najlepiej sprawdza się jej matriksowy klimat złudnej rzeczywistości (niekoniecznie związanej z powyższymi interpretacjami), w której coś od początku nie gra, ale nie wiadomo co – ten fakt permanentnego zakłamania, na które dajemy bezwolne przyzwolenie. I na które nic nie możemy poradzić, mimo największych starań i poświęceń.

Sieć, reż. Sidney Lumet (1976)

Ten aktorski dynamit bierze na tapet świat telewizji i jej wpływ na społeczeństwo. I nie chodzi tu nawet o manipulację emocjami lub informacjami, lecz o przesuwające się moralne granice tej gałęzi rozrywki oraz związany z nią motyw wojeryzmu. Ten oczywiście mamy już dawno za sobą, za sprawą Big Brothera i jego licznych klonów, których wtedy przecież nie było. Zamiast tego mamy program na żywo będący nieprzerwanym strumieniem świadomości głównego bohatera, który według szefostwa zwariował, a tak naprawdę puściły mu nerwy i zaczął mówić całą prawdę i tylko prawdę. Idealnie wpisuje się to w motyw kształtowania opinii publicznej za pomocą politycznych i światopoglądowych materiałów propagandowych, które współczesna telewizja nadaje non stop, często również live, stanowi również krytykę tego fałszywego przekazu, za którym stoi tylko jeden wykładnik: oglądalność. Patrząc na chłam i hałas, jaki wydostaje się ze współczesnych kanałów telewizyjnych różnego sortu, łatwo stwierdzić, iż już dawno przeskoczyliśmy filmową wizję – zabrakło jedynie wieńczącego ją zabójstwa na oczach kamer. Choć i takie obrazki widywaliśmy już niejednokrotnie w przesyłanych za pomocą „kwadratowego pudełka” wiadomości.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA