search
REKLAMA
Zestawienie

Filmowe postaci, które pierwotnie MIAŁY UMRZEĆ

Tomasz Raczkowski

26 grudnia 2020

REKLAMA

Ludowa mądrość uczy, że jakby nie kombinować, ludzie i tak umierają. Czeka to każdą osobę, nie wyłączając z tego grona także podlegających procesom natury postaci filmowych. Z egzystencjalnego punktu widzenia każdej postaci filmowej jest więc pisana śmierć (no, poza pewnym procentem nadprzyrodzonych wyjątków), jednak większość protagonistów nie doczekuje się jej na ekranie, ale w domyśle po napisach końcowych. Ekranowa śmierć protagonistów jest niekiedy tabu, którego unikają twórcy. Do tego stopnia, że zdarza im się zmieniać pierwotne założenia, żeby nie uśmiercać konkretnej postaci w ramach fabuły. Jeśli dobrze poszukać w wywiadach, materiałach jubileuszowych itp., może się okazać że pierwotnie scenarzyści pisali śmierć niejednej z – wydawałoby się nietykalnych – postaci filmowych. Poniżej dziesiątka tych bardziej znanych lub spektakularnych przykładów.

Martin Riggs – Zabójcza broń 2

Tym, którzy znają cztery części Zabójczej broni, może być trudno sobie to wyobrazić, ale oryginalnym pomysłem Shane’a Blacka na finał drugiej części przygód Martina Riggsa i Rogera Murtaugha była… śmierć tego pierwszego. Fani serii z pewnością pamiętają moment, gdy po brutalnej walce z Pieterem Vorstedtem półżywy Riggs krwawi na ramionach przyjaciela, prosząc o papierosa. Gdyby scenarzysta dopiął swego, nie byłoby w tym miejscu ironicznego dialogu i śmiechu, ale skowyt bólu i łzy – w tym miejscu Martin miał bowiem wyzionąć ducha. Producenci, a także sam Richard Donner nie wyrazili zachwytu tym pomysłem, woląc utrzymać mimo wszystko pozytywny ton filmów, a także nie uśmiercać wraz z Riggsem kolejnych sequeli, ostatecznie więc bohater Gibsona przeżył, a Black odszedł z zespołu i nie powrócił do kolejnych części. Z perspektywy czasu może się wydawać abstrakcją śmierć głównego bohatera w momencie, który jest aktualnie samym środkiem czteroodcinkowej sagi Riggsa i Murtaugha (i nie sposób nie czuć ulgi, że taki obrót spraw nie nastąpił, wiedząc, ile rozrywki zapewnił nam ten duet w częściach trzeciej i czwartej), ale warto też dostrzec sens w oryginalnym zamyśle. Postać Riggsa była w swoim rdzeniu od samego początku tragiczna – po pokrzepiającej opowieści o odnalezieniu sensu życia w części pierwszej w drugiej przeszłość zwala się na policjanta ze zdwojoną siłą, a zabarwione osobistą vendettą starcie z południowoafrykańskimi bandytami ma nawet w ostatecznej wersji „dwójki” dosyć mroczny wydźwięk, który w śmierci uwielbianego bohatera znalazłby ostateczne spełnienie. Z punktu widzenia dramaturgii taki finał Zabójczej broni 2 (i pewnie przy okazji całego dyptyku) byłby na swój sposób świetny – być może otworzyłby nawet drogę do bardziej egzystencjalnej części trzeciej.

Han Solo – Powrót Jedi

Nie jest tajemnicą, że Harrison Ford chciał, aby jego bohater zakończył swój udział w gwiezdnej sadze George’a Lucasa za pomocą klarownego zgonu, wieńczącego historię awanturnika okrzykniętego bohaterem Rebelii. Dziś wiemy też, że taką ekranową śmierć otrzymał, w epizodzie VII, przebity malowniczo mieczem świetlnym przez własnego syna. Pierwotnie jednak Han miał umrzeć sporo wcześniej, bo już w Powrocie Jedi. Poniekąd naturalnym momentem dla legendarnego przemytnika na zejście ze sceny byłoby spotkanie z Darthem Vaderem w finale Imperium kontratakuje (zakończone zamrożeniem w metalowym bloku), ale według samego Forda i Lucasa faktycznie rozważany był zgon Solo w trzecim filmie, gdzie stanowiłby rodzaj podbicia dramatyczności finałowego starcia z Imperatorem i jego armią. Do takiego scenariusza nie dopuszczono jednak ze względu na marketing i de facto familijne targetowanie Gwiezdnych Wojen, które niezbyt zgrywało się ze śmiercią popularnego i charyzmatycznego protagonisty. W Przebudzeniu mocy z kolei śmierć Hana miała zupełnie inny wymiar, ponieważ przyjął strukturalną rolę Obi-wana z epizodu IV jako uśmiercony mentor. Wydaje się, że taka opcja jest ostatecznie najlepsza – jeśli Han miał zginąć wcześniej, to powinno się to faktycznie stać w Mieście Chmur na skutek zdrady Lando Calrissiana. Wtedy byłby to dramatyczny finał imperialnego kontrataku, rzutujący ciekawie na kolejną, finałową część walki Skywalkerów. Najgorszym pomysłem wydaje się śmierć ledwo uratowanego Hana w Powrocie Jedi.

Dewey Riley – Krzyk

Zastępca szeryfa Riley jest drugą obok Gale Weathers postacią występującą we wszystkich czterech częściach Krzyku Wesa Cravena. Fakt ten można uznać za zasługę wcielającego się w rolę Davida Arquette’a, którego sympatyczna aparycja zjednała sobie widzów na tyle, że mistrz slasherów postanowił zachować tę postać przy życiu mimo wcześniejszych planów jej uśmiercenia. Craven nakręcił scenę śmierci Rileya zadźganego nożem i na pokazy testowe skierował dwa warianty filmu – ten, w którym stróż prawa ginie, i ten, w którym przeżywa. Intuicja reżysera, że publiczność nie przyjmie dobrze zgonu młodego, energicznego gliny, okazała się słuszna i pierwotny pomysł poszedł do kosza. Arquette zaś pozostał w serii na kolejne trzy filmy.

Rambo – Rambo – Pierwsza krew

„Rambo – Pierwsza krew”

John Rambo funkcjonuje dziś jako popkulturowa ikona, od razu uruchamiająca skojarzenia z ponurym twardzielem radzącym sobie w pojedynkę z batalionem (albo i armią) nieprzyjaciela. Jednak pierwszy film z serii, Pierwsza krew, miał nieco inny charakter niż części II-VI, które ugruntowały taki wizerunek Rambo. Film z 1982 roku bardziej niż filmem akcji jest dramatem traktującym o złamanym przez wojenne doświadczenie weteranie, niepotrafiącym odnaleźć się w normalnym życiu i zapędzonym w kozi róg przez bezmyślnych przedstawicieli systemu, który go stworzył. W literackim pierwowzorze główny bohater ostatecznie ginie i tak też miało się stać w filmie Teda Kotcheffa – sfilmowana została nawet scena śmierci Rambo. W finałowym montażu jednak jej nie wykorzystano, proponując bardziej pozytywny epilog z żywym Johnem, co otworzyło drogę do kolejnych odsłon, już mocniej zorientowanych na rozwałkę niż psychologiczną podszewkę. Orędownikiem takiego rozwiązania był sam Sylvester Stallone, dostrzegający w Rambo potencjał na bohatera filmowej serii – jak czas pokazał, całkiem słusznie. Niestety przy okazji pozbawiono widzów prawdziwie gorzkiej i mocnej puenty, wpisującej się w nurt rozliczeniowy po wojnie wietnamskiej.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA