Zestawienie

Dlaczego „Smętarz dla zwierzaków” to ZMARNOWANY POTENCJAŁ

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Z kina wyszedłem raczej zadowolony. Od filmów gatunkowych wymagam przede wszystkim rozrywki i tej Smętarz dla zwierzaków mi dostarczył. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że na każdym etapie produkcji był ktoś, kto część swojej roboty wykonał w najgorszy możliwy sposób. Scenarzysta, reżyserzy, aktorzy, scenograf, operator i montażystka – każdy z nich miał dużą szansę na zrobienie czegoś naprawdę fajnego, bo materiał wyjściowy aż się o to prosił, postanowiono jednak iść po linii najmniejszego oporu. Skutkiem – przeciętny horror, który ogląda się nieźle, ale drażni w nim masa rzeczy.

Tekst zawiera liczne spoilery!

Scenarzysta – kawa na ławę

Nie mamy szansy zapoznać się z bohaterami i poczuć jakiegokolwiek dreszczu emocji, gdy Ellie odkrywa cmentarzysko.

Nie minęło chyba pięć minut filmu, kiedy młoda bohaterka, Ellie, weszła na teren tytułowego cmentarzyska. Żadnego tam podbudowania tajemnicy, żadnych tam ukrytych sygnałów, żadnego tam powolnego wsączania się w ciemny, mroczny las skrywający tajemnicę. Byłem bardzo zaskoczony, widząc pochód dzieci w maskach zwierząt na tak wczesnym etapie. To po prostu dzieje się za szybko. Nie mamy szansy zapoznać się z bohaterami i poczuć jakiegokolwiek dreszczu emocji, gdy Ellie odkrywa cmentarzysko. Kolejne sceny dzieją się równie szybko i nie pozwalają historii osiąść. Przykładem niech będzie scena, w której sąsiad Jud po raz pierwszy odwiedza rodzinę protagonistów. Jest to istotny moment z punktu widzenia budowania wiarygodnej reakcji postaci na niewiarygodne wydarzenia, jakie nadejdą. W scenie tej widzimy, jak kot Church jest bardzo przyjaźnie nastawiony do Juda, i w zasadzie to wszystko. W toku akcji dowiemy się potem, że Jud myślał, że miły i niegroźny kot będzie równie miły i niegroźny po przywróceniu go do życia. Jeśli zatem scena pierwszego kontaktu starca z Judem miałaby zasugerować temu drugiemu coś więcej, to powinna zostać odpowiednio „ukryta” w ramach dłuższej sekwencji. A tak scenarzysta, Jeff Buhler, wykłada kawę na ławę: zaprasza Juda do rodziny tylko po to, by pokazać, że kot Church jest dla Juda bardzo przyjazny. Zresztą – ten moment jest potem powtórzony, bo Jud mówi o tym wprost, kiedy prawda wychodzi na jaw. Słowem – w tekście brak jest odpowiedniego dawkowania informacji i napięcia.

Dwójka reżyserów – zero wyobraźni

Dosłownie każdy element jest tutaj ograny do granic możliwości.

Podobne zarzuty mogę skierować do dwóch reżyserów – Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera. Ich poprzedni film, niezależny horror Gwiazdy w oczach, był przyjemnym zaskoczeniem i dowodem, że mniejszy budżet uruchamia czasem pokłady kreatywności w filmowcach. W przypadku Smętarza dla zwierzaków, na który dostali dwadzieścia jeden milionów dolarów (co i tak jest kwotą niewielką jak na hollywoodzkie standardy, ale w jej ramach można już nakręcić wizualne arcydzieło, na przykład: Kształt wody), kasa zabiła pomysły. Film wygląda i brzmi jak absolutnie typowy, przeciętny, schematyczny horror. Dosłownie każdy element jest tutaj ograny do granic możliwości. Ale to potrafię przeżyć. Gorzej, że twórcy nie mieli żadnego pomysłu na wygenerowanie czynnika strachu. Pierwszy jump scare w postaci pędzącej ciężarówki jest straszny nie dlatego, że wynika z odpowiednio poprowadzonej narracji, ale dlatego, że jest całkowicie nieuzasadniony. Jeśli ktoś kręci komedię i w pewnym momencie na bohatera spadnie fortepian, to taka akcja też może „przestraszyć”. Ale jest to rozwiązanie leniwe i na skróty. Dodatkowym zarzutem, jaki stawiam reżyserom, jest nieumiejętne balansowanie elementem gore. W pierwszej połowie filmu jesteśmy świadkami nieudanej próby reanimacji bohatera, który wpadł pod samochód. Młody chłopak ma zmasakrowaną, zdartą twarz i mózg na wierzchu. Taki obraz zdaje się zapowiadać, że dalej będzie jeszcze gorzej. I, teoretycznie, jest – w zwrocie akcji córka bohaterów ginie przygnieciona wielką ciężarówką, a potem zostaje wykopana z grobu. Okazuje się jednak, że dziecko wcale nie wraca jako okaleczone zombie. Spotkanie z kilkoma tonami pędzącego metalu nie wywarło na ciele dziewczynki żadnego wrażenia – jedyną zmianą jest lekko opadająca powieka. I nie chodzi o to, że chciałbym oglądać dzieci ze zmasakrowanymi twarzami. Po prostu, gdy zapowiada się body horror w postaci pierwszej „ofiary”, to powinno się pozostać konsekwentnym w tej decyzji.

Ostatnio dodane