Zestawienie

Ach ŚPIJ, kochanie. Filmy IDEALNE na BEZSENNOŚĆ

Autor: Odys Korczyński
opublikowano
Kiedy do leków nasennych już się przyzwyczailiśmy, wątroba mówi, że na alkohol jej po prostu już nie stać, a praca na tyle wnerwia, że syndrom zmęczenia nie pozwala w ogóle zasnąć, jedyną nadzieją pozostają filmy. Ale nie byle jakie. Jedyne w swoim rodzaju, zawierające w sobie mistrzowsko dopracowany pierwiastek tak wielkiej nudy (lub niespotykanej monotonii), że staje się on życiodajną szansą na zaśnięcie bez żadnych wspomagaczy. W historii kina XXI wieku takich terapeutycznym perełek uzbierało się mnóstwo, nie mówiąc już o zeszłym stuleciu. Poniżej dziesięć najskuteczniejszych filmów na bezsenność, gwarantujących, przynajmniej u mnie, zdrowy kawałek objęć Morfeusza na trzeźwo i bez prochów.

Dwóch Papieży (2019), reż. Fernando Meirelles

Z pewnością nie jest to film zupełnie oszczędzający papiestwo, a snuta w fabule refleksja jest bardzo subtelna w swojej krytyce. I stawia przynajmniej dwa bardzo ciekawe pytania. Kto jest niebezpieczniejszy, papież, instytucja kościoła czy może hordy wierzących, którzy chętnie rozdarliby rezydenta Piotrowego tronu na strzępy zdolnych unieść ich modły relikwii? Czy aby system wybierania papieży nie jest tak skonstruowany, że wybiera się starych, mało kreatywnych, wiernych dogmatom i tradycji kardynałów, łatwych do kierowania przez faktycznie rządzące kościołem Kolegium Kardynalskie? Obydwa te pytania są jak najbardziej słusznie postawione i dzisiaj aktualne, niemniej sam film to raczej pozbawiona głębszej refleksji laurka dla Jorgego Bergoglia znanego wiernym jako papież Franciszek, a nie jakaś bardziej dogłębna analiza logiczna i teologiczna sytuacji w Watykanie.

Mam takie nieodparte wrażenie po seansie Dwóch Papieży, że twórcy poczytali trochę Wikipedii, dodali do informacji tam zawartych szczyptę liberalnych teorii na temat Franciszka, a efekt końcowy ustroili omastą w postaci rozśpiewanego, oazowego katolicyzmu. Benedykt XVI został więc automatycznie nazistą, a Franciszek walczącym o prawa gejów i rozwodników piewcą wolności i ratunkiem dla kościoła. Takie podejście to stek bzdur, w które mogą uwierzyć co bardziej liberalni katolicy albo mniej rozgarnięci w świecie lewacy. Papież Franciszek to jedynie bardziej ludzka w relacji twarz Kościoła, świetnie marketingowo zaplanowana – tzw. rozmiękczanie niezadowolonych oraz wątpiących. Mało tego, owe kłamstwa i spiskowe teorie na temat dwóch papieży zostały oprawione w tak monotonną atmosferę dialogu między Anthonym Hopkinsem i Jonathanem Pryce’em, że produkcja idealnie usypia, nie stanowiąc przy tym żadnego wyzwania dla umysłu. Co do treści dialogów w filmie, ich wartość odprężająca jest wprost proporcjonalna do ich treściowego wodolejstwa. Język stosowany w rozmowach między postaciami do złudzenia przypomina kazania albo język dokumentów kościelnych – czyli mówić dużo, meandrycznie, mydlić oczy, ile się da, za pomocą regressus ad infinitum, ale nic konkretnego nie powiedzieć.

Ave, Cezar! (2016), reż. Joel Coen, Ethan Coen

Zwykle tak niestety jest, że wewnętrzne rozliczenia w jakichś dużych organizacjach są zbyt hermetyczne dla postronnych ludzi, by uznali je za interesujące. Tak mi się przynajmniej wydawało do czasu premiery Ave, Cezar!, ponieważ, o dziwo, dość spora grupa widzów uznała Coenowski produkt za wyjątkowo interesujący. Zaczęło się przecież całkiem nieźle, jednak po jakimś czasie dało się wyczuć jakąś niesamowitą dysproporcję między dwoma przedstawionymi światami w produkcji Coenów – tym wewnętrznym, na planach filmowych z lat 50., i tym realnym, który zasadza się na porwaniu Bairda Whitlocka (George Clooney). Okazuje się, że poza wyśmiewaniem się z metod produkcyjnych i producenckich problemów wytwórni Capitol sprzed dziesiątków lat historia jest najzwyczajniej w świecie nudna, a na dodatek przegadana. Scena, kiedy Baird się budzi i spotyka z politycznym kółkiem dyskusyjnym, jest tego świetnym przykładem. Dosłownie nie ma żadnego ciekawego przyczynku do zawiązania akcji, no może oprócz wrzucenia Clooneyowi środka usypiającego do pucharu. Wszystko pozostałe rozłazi się jak babka z zakalcem.

Uwielbiam styl narracji Coenów, lecz akurat tego ich tworu nie mogę zaakceptować, a raczej się nim zainteresować na tyle, by nie poczuć znużenia podczas seansu. Oczywiście, film nie schodzi poniżej pewnego zaawansowanego poziomu zarówno pod względem gry aktorskiej, jak i kwestii technicznych. Coenowie jednak przyzwyczaili mnie do jeszcze wyżej zawieszonej poprzeczki. Przede wszystkim w ich filmach zawsze ujmował sposób narracji, nieco surrealistyczny, dowcipny, pozwalający widzowi na momentalne wejście w fabułę. W przypadku Ave, Cezar! monotonia narracji przeplata się z niekiedy wymuszoną komediowością, a całość przez to nie pozwala mi jako widzowi na głębsze zainteresowanie, co będzie na końcu. Zasypiam więc.

Ostatnio dodane