Zestawienie

5 powodów, dla których częściej sięgam po SERIAL niż FILM

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Ten nieco prowokacyjny tytuł wymaga wyjaśnienia. Nie przestałem oglądać filmów. Jestem kinomanem i nic się w tej materii nie zmieniło. Od pewnego czasu zauważam jednak, że filmów – w rozumieniu pełnometrażowych utworów filmowych – oglądam znacznie mniej, o wiele rzadziej odwiedzam też kino. Dzieje się to kosztem innego, bratniego medium – telewizyjnego serialu. Postanowiłem zadać sobie pytanie, gdzie leży przyczyna ich siły oddziaływania i niezwykłej popularności. Odpowiedzi utworzyły ten artykuł. Liczę, że macie podobne spostrzeżenia.

Bo jest długo

Obce jest mi binge-watching – nie widzę sensu w zarywaniu dnia na oglądaniu na akord.

Zapewne każdy z was zna uczucie, które pojawia się po zapoznaniu się z wizją ukazaną w ulubionym filmie. Ten świat fascynuje nas do tego stopnia, że podświadomie żałujemy, że przygoda z nim trwać będzie góra dwie godziny. W przypadku serialu problem ten znika. Według mnie obcowaniu z serialem bardzo blisko wówczas do lektury książki, gdyż zapoznawanie się z poszczególnymi odcinkami przypomina odkrywanie kolejnych rozdziałów. Jest to przyjemność, którą przynajmniej ja lubię sobie dawkować. Obca jest mi praktyka binge-watchingu – nie widzę sensu w zarywaniu dnia na oglądanie na akord. Nie dlatego, że nie jestem ciekaw, co dalej dzieje się z bohaterami lub jakim cliffhangerem zakończył się sezon. Ale dlatego, że po prostu lubię rozkładać sobie przyjemność na etapy.

Oczywiście mówię w tym wypadku o dobrze rozplanowanej i rozpisanej fabule. Nie ma bowiem nic gorszego niż rozwleczony do granic twór, w którym w każdym odcinku czuć, jak grubymi nićmi szyta jest intryga, po to tylko, by dobić do zakontraktowanych ośmiu, dziesięciu, trzynastu lub, o zgrozo, dwudziestu jeden odcinków.

Bo jest krótko

Wbrew temu, co zasugerowałem w pierwszym punkcie, lubię także w serialach skrótowość i syntetyczność. Mam tu, rzecz jasna, na myśli długość odcinka, która z reguły nie przekracza zegarowej godziny. Dzięki tej prostej cesze w moim zabieganym życiu, uwzględniającym pracę, małe dziecko oraz pracę dla małego dziecka, wieczorny seans stał się czymś znacznie łatwiejszym. Polubiłem system odcinka, dwóch lub wedle uznania i możliwości trzech dawkowanych każdego wieczora. Co ważne, podoba mi się też kontrola, jaką wówczas posiadam – bo dzięki syntetyczności łatwiej mi decydować o intensywności i stopniu zaangażowania w serial.

Powiecie – no dobra, ale przecież dobry film też możesz obejrzeć do połowy, by następnego dnia po prostu go dokończyć. A ja odpowiem – to jednak nie to samo, gdyż akurat ja nie mam w zwyczaju przerywać artyście, gdy ten przemawia do mnie obrazem. Nie lubię uczucia niedokończenia zaczętego seansu filmowego, bo to trochę tak jak z ciepłym obiadem zjedzonym do połowy i odgrzanym następnego dnia. Zupełnie inne wrażenie.

Bo jest mnogo

Swego czasu w jednym z moich felietonów narzekałem, że jedną z największych bolączek współczesnego serialu jest przesyt. Przesyt, w którym często bardzo trudno jest się odnaleźć. Bo przecież patrząc na to, jak często “serialożercom” dostarczany jest nowy produkt, można stracić rachubę, można stracić też orientację, chcąc być na bieżąco. Ale prawda jest taka, że mnogość wyboru niekoniecznie może oznaczać wadę, a wręcz odwrotnie. Dzięki tej różnorodności istnieje duża szansa, że w dzisiejszej telewizji każdy z nas znajdzie coś ciekawego dla siebie, jakiś mikroświat, który pozwoli mu na wielogodzinny eskapizm.

Dzisiejsza serialowa oferta pęka w szwach, wręcz nie wiadomo, na co się zdecydować. Nie zawsze idzie to w parze z jakością, ale prawda jest taka, że nikt nie zmusza nas do oglądania serialu, który po pierwszych odcinkach nie spełnia naszych oczekiwań – wystarczy poszukać innej pozycji, konkurencja nie śpi. Znacznie różni się to od czasów, gdy wszyscy mieli do dyspozycji zaledwie kilka popularnych produkcji, emitowanych z określoną regularnością, na kilku znaczących kanałach (w domyśle, zarówno amerykańskich, jak i polskich). Dziś jest inaczej, bo inne jest też oblicze kultury popularnej, podrasowanej rozwojem internetu. Ale inaczej nie musi znaczyć gorzej – kwestia podejścia.

Bo jest odważnie

Zapewne zauważyliście, że prócz tego, że zwiększyła się oferta serialowa, zmienił się także charakter współczesnego serialu. Takie platformy jak HBO czy Netflix dają dziś dużą swobodę swoim twórcom, przez co przestrzeń serialowa, w odróżnieniu do mainstreamu kinowego, jawi mi się jako obszar niezwykle odważny zarówno tematycznie, jak realizacyjnie. Brutalność i seks w przypadku kilku stacji stały się rutynowe (choć można dyskutować nad zasadnością wykorzystywania tych narzędzi w niektórych przypadkach). Wiele słusznych społecznie tematów, przemilczanych w kinie, znalazło pomyślne ujście w przemyśle serialowym (poprawność polityczna to oczywiście temat na osobny artykuł). 

Niejednokrotnie da się zauważyć, że właśnie tam, do świata seriali, ucieka wielu znanych twórców kinowych, w celu sprawdzenia się, zaprezentowania palety swych umiejętności w innym, dynamiczniejszym medium. Tak było z Martinem Scorsesem przy produkcji Zakazanego Imperium, tak było też np. z Davidem Fincherem, który dał nam większość tego, co widzimy na ekranie podczas oglądania serialu Mindhunter. Ale to tylko przykłady z rękawa. Serial przestał być synonimem produkcji niższych lotów, przestał być składowiskiem odpadów, przestał być wylęgarnią aktorskich i reżyserskich nieudaczników. Teraz o reżyserię odcinka prominentnej produkcji telewizyjnej zabiegają najbardziej znani twórcy (wie coś o tym Agnieszka Holland), a wielu aktorów mogło dzięki serialom rozpocząć swój drugi, ekranowy żywot. O czymś to świadczy.

Bo jest sprawnie

Uwielbiam to, w jak prosty sposób platformy strumieniowe poradziły sobie z piractwem. Będę posługiwał się przykładem Netflixa, bo to akurat to medium, na którym opieram swoje spostrzeżenia. To niebywałe, że za raptem 40 zł mam jako użytkownik dostęp do tak szerokiej oferty filmowej, przy zachowaniu niezwykle komfortowych warunków seansu. Najbardziej ujmują mnie najprostsze rozwiązania, dzięki którym platforma jest w stanie pamiętać moje postępy: wie, na jakim etapie oglądania serialu jestem, a nawet na którym fragmencie danego odcinka zakończyłem ostatni seans. To jest banał, a ułatwia życie jak zamontowana w drzwiach klamka.

Zdaje sobie sprawę z tego, co mogą powiedzieć konserwatyści. Że oglądanie jakiegokolwiek tworu kulturowego przy udziale nieustannych pauz i przerywanie seansu robieniem kolacji i kąpaniem dziecka to już nie jest oglądanie – to jest po prostu zabijanie czasu pomiędzy kolejnymi czynnościami. Ale szczerze powiedziawszy, mam gdzieś akurat ten punkt widzenia, bo właśnie dzięki takim rozwiązaniom technicznym i idącą za nimi swobodą potrafię być względnie na bieżąco w serialowej ofercie danej platformy, nawet przy założeniu, że czasu na seans w dniu nie mam zbyt wiele. Najbardziej cierpią na tym jednak kiniarze – ich gościem jestem już bardzo rzadko, na skutek tego, jak wiele komfortu daje mi telewizja, a jak mało kino.

Ostatnio dodane