Zestawienie

10 SOUNDTRACKÓW LEPSZYCH od samych FILMÓW

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Mistrzowski rzut

Niesamowita dawka energii, bezustannie zachęcająca do walki.

Nie jestem wielkim fanem Hoosiers – tak brzmi oryginalny tytuł, odnoszący się do tubylców stanu Indiana – choć pod wieloma względami należy wszak do sportowego kanonu. I ma to swoje minusy, bo schemat goni tu schemat, a całość jak po sznurku odhacza kolejne punkty na drodze do widowiskowego, pełnego dramaturgii meczu finałowego, po którym podupadająca drużyna po prostu musi się podnieść. Tej mocy dodaje jej jednak przede wszystkim nie realizacja, ale fantastyczna oprawa Jerry’ego Goldsmitha, która sama w sobie przeszła do klasyki. Pozytywnie nastrajające, elektroniczne tematy to naprawdę rzadko słyszany w kinie przykład jednocześnie emocjonalnie angażującej i wybitnie atrakcyjnej pracy, której film… w ogóle nie jest potrzebny do szczęścia. O wiele lepiej od niego oddaje ona bowiem sportowego ducha. To niesamowita dawka energii, bezustannie zachęcająca do walki – kto wie czy nie lepiej niż osławiony Rocky Billa Contiego.

Ostatni Władca Wiatru

Siódme spotkanie Jamesa Newtona Howarda z M. Night Shyamalanem okazało się jak dotąd ostatnim jeśli chodzi o autorskie projekty reżysera (choć faktycznie panowie pożegnali się po 1000 lat po Ziemi). Być może kompozytor podskórnie to przeczuwał, gdyż dla tego, bez dwóch zdań fatalnego filmu i wyjątkowo kiepskiej adaptacji animowanej serii stworzył prawdziwie genialną muzykę, która pod wieloma względami perfekcyjnie podsumowuje wieloletnią współpracę twórców. Jest też bodaj najlepszą ze wszystkich jakie Howard napisał dla Shyamalana – a już na pewno najbogatszą tematycznie i najbardziej monumentalną z dotychczasowych. Co znamienne, soundtrack ten został tak skonstruowany, że znacznie lepiej od filmu opowiada całą historię – na płycie znajdziemy wszystko to, czego nie widać na ekranie. I jeszcze więcej, bo nawet bez znajomości fabuły stanowi zachwycający koncert, którego nie powstydziłaby się żadna filharmonia.

Podnieść Titanica

Ta tandetna przygodówka z lat 80. powstała jeszcze przed dotarciem do wraku słynnego liniowca. Nic zatem dziwnego, że roi się w niej od czysto technicznych błędów, które apogeum osiągają w momencie, kiedy Titanic dosłownie wznawia swój feralny rejs. Ale nie tylko pod tym względem film kuleje, ostatecznie wpisując się w ramy grzesznej przyjemności. Prócz doborowej obsady i całkiem niezłych efektów specjalnych przed zapomnieniem ratuje go zwłaszcza zaskakująco piękna kompozycja Johna Barry’ego, który napisał muzykę w stylu godnym największych tytułów w historii kinematografii. Rzecz jasna do takowych Podnieść Titanica nijak nie da się zaliczyć, więc tym bardziej trzeba docenić zapędy kompozytora. Co prawda w jego nutach da się odczuć typowy dla maestro flegmatyzm i swoistą monotonię brzmienia, które nie przekona do siebie każdego melomana, lecz nie zmienia to faktu, że jest to muzyka znacząco przewyższająca sam film, który przynajmniej potrafi ją odpowiednio okazale wyeksponować podczas seansu.

Speed 2: Wyścig z czasem

Mark Mancina już w pierwszej części wniósł do kina akcji nową jakość swoją muzyką. Wszelkie tematy i pomysły fantastycznie rozwinął jednak dopiero w sequelu, który okazał się niestety jedynie bladym cieniem poprzednika. Film nie angażuje, jest nudny i chaotyczny, i w zasadzie na żadnej płaszczyźnie nie sprawdza się jako wielkie widowisko. Broni się w nim jedynie sfera dźwiękowa, już od loga wytwórni 20th Century Fox porywająca bombastyczną, niczym nieskrępowaną dynamiką. Muskularne melodie mają w sobie zarówno brakujący filmowi luz, jak i olbrzymią przebojowość. Całość jest niezwykle żywa, chwytliwa i idealnie oddaje tytuł filmu, bezustannie mknąc przed siebie bez choćby chwili wytchnienia. Ambicji nie ma tu większych, za to jakość i wykonanie są pierwsza klasa, co przekłada się na świetną zabawę, której najwyraźniej zabrakło reszcie ekipy pracującej nad tą produkcją.

Zapłata

Stanowi wspaniałą, niczym nieograniczoną zabawę formą.

Rytmy Johna Powella wciągają od pierwszej minuty tematu głównego. Już w tym względzie wypadają więc lepiej od zachowawczego, pozbawionego tej samej siły filmu Johna Woo. Ostatnie Hollywoodzkie dzieło reżysera świat słusznie wyparł z pamięci. Szkoda jedynie, że odbiło się to na popularności kompozycji Powella, gdyż stanowi ona wspaniałą, niczym nieograniczoną zabawę formą. W dodatku jest bardzo wysublimowana i przywodząca na myśl przygody… 007! Słuchając jej, można dziwić się, jak doszło do tego, że kompozytor ten ani razu nie odpowiadał jeszcze za oprawę dla agenta Jej Królewskiej Mości. Zdziwienie tym większe, że muzyka Powella nie błyszczy tu jedynie na pierwszym planie, w potężnych tematach akcji. Równie intrygująca i pełna inwencji jest od tej mniej oczywistej strony, której w kinie zwykło się nie zauważać – struktury tła. Doskonale radzi sobie zatem poza filmem, wielokrotnie porażając pomysłowością i zachwycając beztroską.

Ostatnio dodane