search
REKLAMA
Seriale TV

ZA STARZY NA ŚMIERĆ. Trzynastogodzinna kolorowa wydmuszka

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

25 czerwca 2019

REKLAMA

Odnoszę dość dziwne wrażenie, że zbyt szybko okrzyknęliśmy Nicolasa Windinga Refna geniuszem, gdyż ten jakże ciekawy reżyser niczym Lars von Trier popadł w samozachwyt i każda jego kolejna produkcja to ewidentny przerost formy nad treścią. Oglądając jego najnowsze dzieło, tym razem przygotowane w formie serialu, czułam się przytłoczona popisami twórcy, próbującego – niczym paw pięknym ogonem – oczarować i zaczarować widza zjawiskowymi kadrami, za którymi niestety nic się nie kryje. A wielka szkoda, gdyż dla mnie Refn do pewnego momentu jawił się jako reżyser prawie doskonały, taki, który potrafi bez słów opowiedzieć wciągającą i intrygującą historię. Obecnie to tylko popisy, dzięki którym mamy nie zauważyć, że jego filmom brakuje fabuły.

Na wstępie należy zadać sobie niezwykle ważne pytanie – czy warto poświęcić pół dnia z życia, by zobaczyć ten serial? Moim zdaniem wyłącznie ultrafani twórczości reżysera będą w jakimś stopniu usatysfakcjonowani. Wydaje mi się, że osoby poszukujące czegoś nowego i klimatycznego w telewizji, zamiast stawiać na Refna, powinny skupić się chociażby na nowym sezonie Twin Peaks, który wypada w tym porównaniu o niebo lepiej.

Jak już wspomniałam, Za starzy na śmierć, to nic innego jak stojące na mistrzowskim poziomie popisy realizacyjne. Można pokusić się o stwierdzenie, że to najlepiej zrealizowany serial, jaki ostatnio widziałam. Mamy więc długie ujęcia, przesadzone do granic możliwości sceny i piękną kompozycję. Jednak większa część widowiska to filmowa eksplozja wybujałego do granic możliwość ego reżysera, który wprowadza pewne elementy tylko dlatego, że może i nic go nie ogranicza. Jeżeli takie oddziaływanie reżysera na fabułę oraz jego styl produkcji uznajecie za coś normalnego, to ta produkcja jest jak najbardziej dla was. To nic innego jak 100 procent Refna w Refnie. Mnie niestety ten zabieg niezwykle drażni i nie kupuję tego zupełnie. Jedno jest pewne – jest tu wszystko, na co reżyser mógł się porwać. W przeciwieństwie do mnie, wielu fanów duńskiego twórcy być może uzna to za świetne posunięcie.

Nie do końca wiem, jak mam recenzować ten jakże dziwny twór. Sam zamysł pokazujący, że jeden akt przemocy prowadzi do jeszcze bardziej ekstremalnej przemocy, wydaje się niezwykle interesujący, jednak sposób przedstawienia jest nie do zniesienia. O ile uwielbiam Lyncha i jego surrealistyczne podejście, o tyle Refna i jego wizji zupełnie tu nie kupuję. Niby wszystko wydaje się na swoim miejscu – aktorzy, operator, muzyka – jednak produkt finalny jest tak przegięty, że widać, iż wszystko musi kręcić się wokół reżysera. Momentami można nawet stwierdzić, że Refn popada w totalną autoparodię. Choć jest to wizualnie przepięknie, jako widz nie jestem w stanie znieść tego, że co pięć minut przypomina mi się w dość nachalny sposób, czyje dzieło oglądam.

Żeby całkowicie nie wyjść na ignorantkę, przyznam, że klimat serialu jest niesamowity. Jednak to kolejny przypadek, z Neon Demon na czele, kiedy to epatowanie sugestywnym klimatem oraz kolorami (mimo iż sam reżyser jest daltonistą) staje się celem samym w sobie. I tak – ogląda się to niesamowicie. I nie – nic więcej za tym nie stoi. Nie wydaje mi się, by było to nawet nawiązanie do czegokolwiek, ot bezczelne popisywanie się umiejętnościami tworzenia. Jednak same umiejętności, choćby były na niesamowitym poziomie, nie sprawią, że otrzymamy dobry serial, czyli taki, na którego finał czeka się w napięciu. W istocie to 13-godzinne, monumentalne wręcz dzieło dłuży się niemiłosiernie. To raczej przyzwoity twór, który dużo bardziej wygląda na ćwiczenie niż pełnoprawny serial.

Wszystko, co reżyser stara się przekazać, brzmi jak banał, a prawdziwie ironiczne sceny giną gdzieś pod natłokiem moralizatorstwa i nudy. A mamy przecież do czynienia z historią opowiadającą o przemocy, a co ważniejsze, o grzechach współczesnego świata, więc nudno być nie powinno, a i przesłanie powinno zmusić nas do zastanowienia się nad swoją kondycją i życiem. Niestety nic z tego nie otrzymujemy. W zamian dostajemy spłycony obraz świata. Wydaje mi się, że kręcenie serialu wyłącznie po to, by pobawić się obrazami i zrobić genialną stronę wizualną i soundtrack, zupełnie mija się z celem.

Jestem stuprocentowo przekonana o tym, że fani świeżych dokonań reżysera pokochają ten serial, a w istocie film – tak należałoby go traktować. Jestem też przekonana, że to, co Refn próbuje zrobić, już dawno dużo lepiej pokazał wspomniany Lynch. Czy warto obejrzeć Za starych na śmierć dla samego stylu? Nie wydaje mi się. Refn doszedł do momentu, gdzie, zamiast skupić się na opowiadaniu ciekawych historii za pomocą niebanalnego stylu, robi filmy tak naprawdę dla samego siebie i nikogo więcej, są one bowiem przestylizowane do granic możliwości. I to niestety w złym tego słowa znaczeniu.

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Gracja Grzegorczyk-Tokarska

Chociaż docenia żelazny kanon kina, bardziej interesuje ją poszukiwanie takich filmów, które są już niepopularne i zapomniane. Wielka fanka kina klasy Z oraz Sherlocka Holmesa. Na co dzień uczestniczka seminarium doktoranckiego (Kulturoznawstwo), która marzy by zostać żoną Davida Lyncha.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA