publicystyka filmowa

WHY SO SERIOUS? Czyli wiele twarzy (i głosów) Jokera

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

MARK HAMILL, Batman: The Animated Series, Batman: Maska Batmana, Batman: Powrót Jokera, Liga Sprawiedliwych, Batman: Zabójczy żart, Justice League Action.

Przy wszystkich tych dyskusjach na temat tego, kto jest lepszym Jokerem – Nicholson czy Ledger – jeden głos łączy zwaśnione strony: ten Marka Hamilla, który jedynie za jego pomocą wykreował prawdopodobnie najbardziej kompletną wersję największego nemezis Batmana. Gdy inni popychali swoje wizje klauna w jakąś konkretną stronę (kampowy, mroczny, na poły realistyczny), Hamill dokonał najpełniejszej syntezy elementów definiujących Jokera, stanowiących o jego popularności – do perfekcji nasycił strachem jego rozbuchaną wesołkowatość i sprawił, że mordercze popędy zawsze przykuwały uwagę. Miał odcinki w serialu, gdy Joker był zachłyśnięty pajacowaniem, by za chwilę jednym słowem, chwilowym obniżeniem tonu głosu, wywołać ciarki na plecach widza. Niby Nicholson obrał podobną drogę, ale jednak wersja z 1989 roku była w pełni przesycona charakterystycznym aktorstwem – Hamill za to był przede wszystkim Jokerem i wątpię, czy ktokolwiek w głosie tego uroczego zwyrodnialca doszukiwał się jasnowłosego cherubina z mieczem świetlnym w łapie. Wydawało się w pewnym momencie, że aktor będzie skazany na wegetację w aktorskim niebycie po sukcesie Gwiezdnych wojen, gdy został zaszufladkowany i nie potrafił się wyrwać z rąk Skywalkera – w przeciwieństwie do takiego człowieka-instytucji jak Harrison Ford, który nie miał problemów z wskoczeniem w buty Indiany Jonesa czy grę w konkretnych thrillerach. A tutaj nagle odnalazł swój głos w postaci tak odmiennej i na nowo rozbłysnął na popkulturowej mapie. Znakomite aktorstwo, fantastyczna wersja Jokera – pojawiał się w wielu filmach animowanych, grach, a nawet użyczał swoich talentów w parkach rozrywki oraz reklamach.

Co ciekawe Hamill dubbingował nawet niejakiego Rogera Stoneburnera, który pojawił się jako Joker, dosłownie na sekundę, w niezbyt udanym serialu Ptaki nocy.

HEATH LEDGER, Mroczny Rycerz (2008)

Pamiętam czasy, gdy młody Australijczyk został zaangażowany do roli Jokera. Znany przede wszystkim z występów w romantycznych filmidłach (Zakochana złośnica, Obłędny rycerz, Casanova) był mocno zaszufladkowany i nawet świetna rola w Tajemnicy Brokeback Mountain nie zmieniła jakoś szczególnie tego obrazu. Płaczom nie było końca – bo jak to taki piękny chłystek ma być następcą wielkiego Nicholsona? Przecież ich dorobek jest nie do zestawienia, twarz chłopaka nie ma w sobie grama psychopatii (a przecież Jack urodził się z licem jak z kartoteki policyjnej), a dodatkowo ma jeszcze czelność wchodzić na plan filmu Nolana, który w niezłym stylu odświeżył odradzające się kino superbohaterskie.

A ten wszystkich zrobił w konia i tak dokręcił śrubę swoim występem, że zgarnął Oscara – pierwszego aktorskiego dla filmu pachnącego komiksem. Niestety, mentalna żonglerka, skrajne zmęczenie i problemy psychiczne sprowadziły na niego bardzo przedwczesną śmierć, jeszcze przed premierą Mrocznego Rycerza. Jednak jego ostatnia pełna rola, prawdziwe monstrualne opus magnum, już na zawsze wpiło się w tkankę historii kina – to słownikowa definicja pełnego aktorskiego poświęcenia. Jego Joker, agent chaosu i wytrawny socjopata, jest całkowicie nieprzewidywalny – Ledger ucieka od poprzednich wersji. Jasne, czasami da o sobie znać kamp Romero czy jakaś iskra Nicholsona, ale ta wersja klauna jest zupełnie nową jakością. Od upapranego kostiumu, niechlujnego makijażu i przetłuszczonych włosów, przez przygarbioną postawę, aż po malutkie detale, jak mlaskanie, wybitne modulowanie głosu czy sposób picia szampana i jedzenia krewetek (jakby jutra miało nie być), Australijczyk dyryguje uwagą widza, który tym razem już zupełnie zapomina o Batmanie – to jest jego plac zabaw, a reszta filmu to tak naprawdę dodatek do całkowitej pochwały szaleństwa w wykonaniu jadącego na jakichś konkretnych dropsach złoczyńcy (nie żartuję, to jest jeden z najlepszych filmów o narkotykach), który chce po prostu zobaczyć, jak świat płonie. Do dzisiaj tak naprawdę pamiętacie z całego filmu właśnie Ledgera, nie oszukujcie się. Gdyby nie psychiczna pułapka, to Ledger nadal goniłby Nicholsona nie tylko na polu grania Jokera, ale i w innych aktorskich konkurencjach.

JARED LETO, Legion samobójców (2016)

I dochodzimy do najnowszej aktorskiej inkarnacji morderczego klauna, która już na starcie nie miała łatwo – Nicholson, legenda Ledgera i jego pośmiertny Oscar, sypiące się filmowe uniwersum DC. Jared Leto dostawał kuksańce z różnych stron sieci, szczególnie, gdy pojawiły się jego zdjęcia w z tatuażami i szeregiem złotych zębów, ale przecież Ledger też nie wyglądał jak wymarzony Joker, a zaczarował ekran. Nie można też zapomnieć, że Leto był jeszcze relatywnie świeżym laureatem Oscara i od lat udowadniał, że grać potrafi.

Niestety, film go zamordował. Ale on też nieszczególnie pomógł tej wersji. Spoty reklamowe stawiały go w świetle jupiterów, przecieki fabuły także wskazywały na to, że nowa wersja klauna zostanie złoczyńcą, któremu czoła będzie musiała stawić tytułowa ekipa. A potem przyszło studio, zepchnęło reżysera Davida Ayera do kąta (niech sobie mówi, co chce, ja znam mojego Ayera i on takich zakalców nie robi), a sceny z Jokerem poleciały do kosza, zamieniając go w drugoligowy dodatek do ponadczasowego starcia z kupą lewitujących kamieni. Na pewno warto pochwalić fakt, że była tutaj próba zerwania z poprzednimi wizjami postaci – ten obwieszony złotem Joker-gangster, jeżdżący designerskimi samochodami i wielbiący przepych, a przy tym mający w sobie jakiś niezdrowy urok, mógł być naprawdę ciekawym dodatkiem do filmowego, może nawet kluczowym. Niestety finalna, niezwykle pocięta wersja skupiająca się na pupie Margot Robbie oraz skakaniu po stacjach radiowych ze starymi szlagierami, nie dała mu miejsca na cokolwiek poza sztywnym pajacowaniem – jest przyszyty do fabuły na zasadzie „bo tak, kredowa morda sprzeda film” i ostatecznie wygląda po prostu kuriozalnie, przeszarżowanie, bez sensu. Nic dziwnego, że produkcja zbiera największe cięgi od samego Leto, który otwarcie stwierdza, że studio pod kopułą nie ma gromu, a co najwyżej siano i on się na takie coś nie pisał.

Miał szansę być kolejnym Jokerem resetującym system, stała za nim nadzieja – ostatecznie jednak widz zapamięta po jego występie jedynie śmiech przypominający pomruki dogorywającej na słońcu żaby i ten myk z zakrywaniem ust tatuoustami. Ha. Ha. Ha. A przecież podczas kręcenia aktor stawał na głowie, żeby się o nim mówiło – wysyłał innym aktorom naboje, martwe zwierzęta i prezerwatywy. Spory przerost formy nad treścią.

Szkoda, taki był ładny, amerykański.

 

To były główne wersje Jokerów, strzały niezwykle znaczące – role dyskutowane, wybitne, jedna nietrafiona, ale każda z nich jest istotną częścią popkultury. Trzeba jednak poświęcić parę słów i tym cichszym bohaterom, którzy zazwyczaj też robią dobrą robotę. Zapraszam więc na ekspresowe spotkanie z kilkoma innymi klaunami.

Ostatnio dodane