search
REKLAMA
Od szeptu w krzyk

W sieci zła (1998)

Krzysztof Walecki

5 stycznia 2018

REKLAMA

W swoim poprzednim filmie, Lęku pierwotnym, Hoblit również zadawał pytanie o przyzwolenie, jakie dajemy złemu, aby panował nad naszymi czynami. Zaskakujące zakończenie tamtego dreszczowca nieco unieważniało wagę tych rozważań, a W sieci zła również nie boi się przykryć egzystencjalnych pytań płaszczem kina rozrywkowego. Reżyser wierzy, że sam pomysł i sugestywna oprawa wizualna obronią się same; być może dlatego przedkłada pesymistyczną atmosferę nad żywą narrację. Za dużo miejsca poświęca również swoim ulubionym obserwacjom policji, często w mało atrakcyjnych filmowo sytuacjach (Hoblit zasłynął, realizując przełomowe dla telewizji seriale Posterunek przy Hill Street oraz Nowojorskich gliniarzy), starając się wzbogacić początkową część filmu wiarygodnym przedstawieniem pracy postaci granej przez Washingtona, ale też Johna Goodmana, Jamesa Gandolfiniego i Donalda Sutherlanda. Cała trójka ewidentnie bez ról, ale umiejąca zabłysnąć chociaż w jednej scenie – Goodman aż do finału niewiele ma do grania, tłumiąc w sobie energię i humor, z których jest znany, nieodżałowany Gandolfini bawi się dużo lepiej w roli prostego i trochę chamskiego policjanta, Sutherland natomiast nadaje postaci kapitana wystarczająco złowieszczego uroku, aby mu nie ufać, nawet gdy scenariusz o to nie prosi. Jest też Embeth Davidtz, jedyna kobieta w tym męskim gronie, jako religioznawczyni, która tłumaczy Hobbesowi, z kim ten się mierzy.

Najlepszy pozostaje jednak Elias Koteas, pojawiający się tylko w prologu jako skazaniec Reese, bezbłędnie ustawiający cały film swą widowiskową rolą. Sposób, w jaki jego bohater zachowuje się przed egzekucją, porusza, mówi wieloma językami czy wreszcie śpiewa Time Is On My Side Rolling Stonesów (stający się leitmotivem filmu), sprawia, że z miejsca podejrzewamy go o nieludzki charakter. Aktor zresztą kilka lat wcześniej zagrał w innym „anielskim” obrazie, Armii Boga, gdzie ścigał go sam archanioł Gabriel o twarzy Christophera Walkena.

Bliżej jednak W sieci zła do Harry’ego Angela Alana Parkera, skoro mowa o aniołach. W obu filmach detektywistyczna zagadka zamienia się w horror, kiedy bohaterowie odkrywają, co jest celem ich śledztwa. U Parkera lepiej wybrzmiewa tragizm niemożliwości ucieczki od przeznaczenia, ale i Hoblit odrzuca myśl o jakimkolwiek zwycięstwie, choćby i połowicznym. Każe nam mieć się na baczności, aby zło nie dotknęło nas w najmniej spodziewanym momencie. Można się śmiać z tak dosłownej konkluzji, ale siła Fallen (tytuł oryginalny należałoby przetłumaczyć jako „Upadły” bądź „Upadli”) leży właśnie w tej śmiertelnej powadze, z jaką ta historia jest opowiedziana, posępności wywodu i nieustannym poczuciu zagrożenia. Dziwnie pasuje to wszystko do telewizyjnego ekranu, obrazu zamkniętego w małym, ciasnym pudełku, zamiast pozwoleniu mu na oddech na wielkim, kinowym ekranie.

korekta: Kornelia Farynowska

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA