VHS

MOJA MACOCHA JEST KOSMITKĄ. A wszystko przez ten seks

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Ziemscy mężczyźni powinni się obrazić na twórców filmu, którzy stwierdzili, że najbardziej pożądaną kobietą na Ziemi jest blondynka z czerwonymi ustami i w krótkiej sukience. Dla niej zrobią wszystko, dosłownie. Powinny obrazić się także blondynki za uprzedmiotowienie, a brunetki za brak uwagi. Generalnie powinni obrazić się chyba wszyscy. Kiedy oglądałem ten film na video, zupełnie nie zwróciłem uwagi na te seksistowskie wtręty. Wychodzi na to, że kosmici stworzyli ideał kobiety – rozumie pracę mężczyzny i zawsze ma ochotę na seks. Takie rzeczy tylko w latach 80., kiedy jeszcze aż tak nie dbano o to, czy jakaś płeć obrazi się na drugą. W komediach typu Moja macocha jest kosmitką ten brak społecznej roztropności posiada tylko dobre strony.

Jak celnie założyli kosmici, niezależnie od inteligencji, mężczyzna zawsze będzie chłonął wszelką seksualność z otoczenia jak sucha gąbka wodę.

Nie ulega wątpliwości, że cały film oparty jest na seksualności Kim Basinger (Celeste), która była symbolem seksu w latach 80. To ona nadała mu ton, całkowicie dominując nad fajtłapowatością męskiego bohatera Stevena Millsa (Dan Aykroyd). Ich nierówna relacja stworzyła doskonały, familijny klimat, a zastosowanie elementów science fiction poszerzyło krąg widzów o miliony zakochanych w fantastyce miłośników UFO. Nieważne, czy osobowościowe archetypy mają jakikolwiek związek z rzeczywistością, a więc czy naukowcy są zawsze frajerami i fajtłapami, a blondynki z czerwonymi ustami są najbardziej seksownymi kobietami świata. Najważniejsze, że taki podział się dobrze sprzedał. Skoro tak, to wykorzystał jedynie ludowe prawdy obecne wśród publiczności. Jeśli ktoś więc będzie miał pretensje o seksizm w filmie, niech skieruje najpierw swoje dąsy w kierunku otaczającej go rzeczywistości.

Rozwodzę się nad rolami płciowymi w produkcji Richarda Benjamina nie bez powodu. Dzisiejsze czasy mnie do tego zmusiły. Niegdyś film odbierałem zupełnie inaczej, a dzisiaj okazało się, że patrzę przez pryzmat wzorców zmieniającej się na moich oczach kultury i ról społecznych. Wystarczyło około 30 lat. To ciekawe teoriopoznawcze doświadczenie, tak sobie uświadomić na sobie zmianę interpretacyjną. Czy to oznacza, że Moja macocha jest kosmitką przestała mnie już bawić? Absolutnie nie. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Historia niespodziewanego spotkania naukowca Stevena z uroczą kosmitką o symbolicznym imieniu Celeste wciąż sprawia, że się uśmiecham. Wydaje mi się, że podobnie jak kilkadziesiąt lat temu, z tą małą różnicą, o której wspomniałem wyżej.

Za reżyserię Mojej macochy odpowiadał Richard Benjamin, człowiek stojący w rozkroku między tworzeniem filmów a graniem w nich. Widzowie mogą pamiętać go ze śmiesznej roli majora Danby’ego w Paragrafie 22, który po nieudanej akcji z synchronizowaniem zegarków odważył się jęknąć w obecności generała, a ten skazał go za to na rozstrzelanie, co wywołało natychmiastowe omdlenie majora. Benjamin posiadał niewątpliwy talent komediowy. Wykorzystał go w reżyserii, bo spod jego ręki wyszła nie tylko Moja macocha jest kosmitką, ale i pełne ciepła Syreny czy znakomity pastisz kina sensacyjnego Gorący towar z Clintem Eastwoodem. Ten rozkrok między aktorstwem a pracą na stanowisku szefa ekipy odbijał się wielokrotne na jego filmach. Np. Moja macocha jest kosmitką zawiera dziesiątki błędów i niedociągnięć realizacyjnych. Pomijając kilkakrotne odbicie ekipy realizacyjnej w przeróżnych powierzchniach, w pracowni Stevena nie wiedzieć czemu mgławice i inne obiekty wyświetlane na monitorach mają przypięte kartki z nazwami, jakby naukowcy nie mieli pojęcia, co badają. Licznik mocy klistrona leci sobie od zera do tych magicznych 300 jednostek, których przekraczania zabronił szef programu badawczego Lucas Budlong, a potem się zeruje, żeby w kolejnym ujęciu przekroczyć 300 i doprowadzić do zwarcia, kamera nieraz błądzi z ostrością, nieciekawie również wygląda to usilne nakrywanie nagiej Kim Basinger w łóżku przez Stevena, żeby tylko widz nie zobaczył kawałka jej piersi, etc.

Innym ciekawym zjawiskiem wydaje się liczba osób odpowiadających za scenariusz. Trudno uwierzyć, że tak w sumie prostą historię mogło z mozołem tworzyć aż 10 osób. Mam nadzieję, że nie robili tego wspólnie, tylko kolejno. A że opowieści były słabe, to ich wymieniano, aż wreszcie trafiono na ostatecznie najlepszą czwórkę uwzględnioną w napisach. Cztery to jednak i tak o wiele za dużo. Nad czym tu myśleć w tyle osób? Taka sama sytuacja zdarza się przy niektórych popowych piosenkach, gdy chodzi o teksty. Główkuje nad nimi tyle osób, a potem słyszymy same banały. Może zachodnia popkultura ma to do siebie, żeby działy się w niej takiej zjawiska. W przypadku filmu Benjamina były to jeszcze lata 80., więc kultura banału jeszcze nie była aż tak rozpropagowana i medialnie przeceniona. Mimo że tyle osób pisało scenariusz produkcji, nie ucierpiała ona na tym zbytnio. Tak zakładam, gdyż nie czytałem pierwotnej wersji scenariusza, więc nie wiem, co z nią było nie tak.

Wracając jeszcze do sprawy seksualizowania Kim Basinger, odbyło się ono zapewne za jej zgodą i widać po filmie, że bardzo pilnowała, żeby utrzymać swoją cielesność w ramach wcześniej omówionych i dopuszczonych w popularnym kinie tych czasów. Nie pokazała ani kawałka piersi, ani pośladków, ani nawet brzucha. Była dość oszczędnym w formie obiektem seksualnym, który okazał się jedynym sposobem, żeby skusić Stevena. Jak celnie założyli kosmici, niezależnie od stopnia rozwinięcia inteligencji, mężczyzna zawsze będzie chłonął wszelką seksualność z otoczenia jak sucha gąbka wodę. Wszystko więc przez ten seks, ale czy jest sens się na niego przez to obrażać?

Ostatnio dodane