VHS

MASZYNA ŚMIERCI. Mechaniczny Obcy od twórcy BLADE’A

Cyberpunkowy horror science fiction - popis reżyserskiej sprawności Stephena Norringtona, nawet jeśli wszystkiego jest tu za dużo.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Maszyna śmierci, reżyserski i scenariuszowy debiut Stephena Norringtona, jest niezwykle klimatycznym połączeniem horroru o uwięzionych w jednym miejscu bohaterach, na których poluje niezniszczalna bestia, z cyberpunkową oprawą i wrażliwością. Trudno jednak mówić o kulcie w przypadku tej brytyjsko-japońskiej produkcji, chyba że wychowało się w epoce VHS-ów. Kasetowa okładka obiecywała „najnowszego Obcego”, a tytułowy mechaniczny potwór z wyglądu faktycznie przypominał słynnego Ksenomorfa, zwłaszcza kształtem głowy i wielką szczęką. Nic dziwnego, że film cieszył się naówczas popularnością, a i dziś – jeśli ktoś go pamięta – myśli się o nim w kategoriach jednego z lepszych „klonów” arcydzieła Ridleya Scotta.

Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, choć trudno nie zareagować na to przynajmniej uśmiechem, biorąc pod uwagę fakt, że film powstał ponad ćwierć wieku temu, a naszemu światu nadal daleko do wizji Norringtona. Potężna korporacja CHAANK stoi w ogniu krytyki, kiedy ktoś z firmy udostępnia mediom dokumenty sugerujące śmierć dzieci w wyniku eksperymentów nad nową bronią. Okazuje się, że za przeciek odpowiada nowa szefowa, Hayden Cale, która o wielu kontrowersyjnych działaniach korporacji dopiero się dowiaduje. Głównym źródłem problemu jest Jack Dante, genialny wynalazca, ale również psychopata o mentalności rozkapryszonego nastolatka, trzymający w szachu cały zarząd. Wkrótce jego nowa maszyna śmierci, reagująca na strach swych przyszłych ofiar, zaczyna eliminować wrogie mu osoby.

Wmontowane w bardziej dynamicznych scenach kilkuklatkowe ujęcia napisów lub cyfrowych obrazów uzupełniają naszą wiedzę, jak również podkreślają agresywność świata przyszłości. Innym razem służą żartobliwej puencie, choćby wtedy, gdy po śmierci jednego z bohaterów słyszymy marsz pogrzebowy w wersji 8-bitowej.

Pomijając pierwszą scenę, rozgrywającą się za dnia, w małej przydrożnej kawiarni, gdzie jeden z super żołnierzy CHAANKa wymknął się spod kontroli, cała reszta filmu praktycznie w całości zamknięta jest w wieżowcu korporacji. I choć jedna lokacja sugeruje niewielki budżet (obraz faktycznie kosztował jedyne 6,5 milionów dolarów), Norringtonowi udaje się w znakomity sposób wykreować pogrążony w niekończącej się nocy świat przyszłości – tutaj nawet w biurowych wnętrzach wydaje się, że brakuje światła – co oczywiście upodabnia film do Łowcy androidów. Jest to rzeczywistość przesiąknięta technologią, wyrażaną nie tylko przez pomysły fabularne (migające nadajniki wszczepione w ręce pracowników korporacji, nowoczesny sprzęt bojowy), ale również realizację. Zwłaszcza wmontowane w bardziej dynamicznych scenach kilkuklatkowe ujęcia napisów lub cyfrowych obrazów uzupełniają naszą wiedzę, jak również podkreślają agresywność świata przyszłości. Innym razem służą żartobliwej puencie, choćby wtedy, gdy po śmierci jednego z bohaterów słyszymy marsz pogrzebowy w wersji 8-bitowej.

To ostatnie jest jednym z wielu przejawów humoru w filmie, który – choć nigdy nie zamienia się w komedię – daje wyraźne sygnały umowności opowiadanej historii. Jackowi Dantemu niedaleko do Joe Dantego, ale to nic w porównaniu ze Scottem Ridleyem i Johnem Carpenterem, członkami zarządu CHAANKa, oraz Samem Raimim, Weylandem oraz Yutanim, trzema anarchistami-złodziejami, którzy włamują się do siedziby korporacji. Znawcy kina gatunkowego od razu rozpoznają nazwiska kultowych reżyserów i nazwę złowrogiej firmy z serii o Obcym. Norrington nie kryje się ze swoimi inspiracjami, do których dorzucić jeszcze można Robocopa i Sędziego Dredda, wtedy znanego tylko z kart komiksu. Wydaje się zresztą, że Brytyjczyk ma prawo do tej postmodernistycznej zabawy – zanim został reżyserem, pracował przy efektach specjalnych i charakteryzacji do takich filmów jak Obcy: decydujące starcie, Obcy 3, Hardware, W mgnieniu oka, Wiedźmy, Gremliny rozrabiają oraz Siła witalna. Oglądając jego debiut, czuć entuzjazm dla science fiction i horroru, chęć oddania hołdu swym idolom, być może nawet zaimponowania im, ale i pójścia dalej z efektowną formą. Jednocześnie jest to kino tak bardzo świadome swych inspiracji, tak mocno zanurzone w cytatowości, że strach i ekscytacja często przechodzą w rozbawienie, ale to po pewnym czasie staje się zwyczajnie męczące.

Ostatnio dodane