publicystyka filmowa

To nie Bóg, a JANUSZ TRACZ cię zbawi

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Nim Tracz rzuci się w ramiona rozmaitych kobiet (Milada, Konstancja, Irka i inne nietuzinkowe imiona), jest wiernym, choć zaborczym i raczej toksycznym mężem smętnej, przerastającej go o głowę Andżeliki. Żona z niej piękna i efektowna , choć swoją bezbarwną osobowością wnerwia mocno. Oto przykładowy dialog Andżeli i Janusza: Ona: „Wychodzę”. On: „Dobrze, kochanie”. Ona (dotknięta): „Nie zapytasz dokąd?”. On: „Dokąd, kochanie?”. Ona (na maksa obrażona, zarzuca wojowniczo torebkę na ramię): „To moja sprawa!”. A jednak rolą Andżeli u boku Tracza jest coś ważniejszego niż irytowanie go (i widza). Kobieta jest w pewien sposób rzecznikiem widowni. Scenarzyści wprowadzili jej postać po to, by skomplikowane jak na telenowelę Traczowe intrygi stały się zrozumiałe nawet dla najmniej rozgarniętych oglądających – naiwna Andżelika nie nadąża za knowaniami męża, który wszystko cierpliwie i łopatologicznie jej (a zatem pośrednio widzowi) tłumaczy. Czasem w tej roli zastępują ją gapowate pachołki Szefa: Osa i Rumcajs, służący Januszowi i będący zarazem comic relief. Andżela jest także nieugiętym reprezentantem obiegowej, katolickiej moralności. W praktyce oznacza to, że kobieta każdorazowo dziwi się i przeraża złem męża, próbuje doprowadzać go do porządku besztającym okrzykiem: „Janusz!” albo z emfazą narodowca na wiecu rzuca hasłami typu: „Sumienie”. W skrócie: męczy bułę.

Plebania należy do starej szkoły polskiej telenoweli (takie pojęcie nie istnieje, to moja prywatna terminologia). Do jej reprezentantów zaliczam seriale takie jak M jak miłość, Klan, Złotopolscy; wszystkie przeżywały swoją świetność w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku i wszystkie emitowała TVP. Wspólnym mianownikiem produktów starej szkoły polskiej telenoweli jest sielskość, swojskość, rodzinność, polskość i wpisany w całość konserwatywny system wartości. Akcja działa się najczęściej na wsi, a fabuła krążyła wokół losów danego rodu oraz osób w jakiś sposób z tym rodem związanych. Gdzieś mniej więcej w 2010 r. ten typ telenoweli został przyćmiony przez nową generację tasiemców, promowaną przez TVN i Polsat, w tym Na wspólnej, Barwy szczęścia, Magdę M., Pierwszą miłość. Te produkcje miały pokazywać nowoczesną, proeuropejską Polskę i przyciągnąć młodszą widownię. Efekt był, jak wiemy, jeszcze bardziej przypałowy – z kątów szklanych serialowych mieszkań wyglądały narodowe kompleksy względem zachodu, a z drogich butów super cool młodzieżowych bohaterów wystawała słoma. To ja już wolę szczerą prostoduszność Plebanii. Dlaczego o tym piszę? Bo telenowela należy do tych produkcji telewizyjnych, które próbują jak najwierniej dostosować się do przekonań, poglądów i marzeń średniej społecznej. Współcześnie z roli „zwierciadła narodu” wypchnęły ją nieco paradokumenty i pararealistyczne programy typu Chłopaki do wzięcia; emisja samej Plebanii zakończyła się natomiast w 2011 r. – pisząc o Januszu Traczu, cofam się więc w czasie. Jednak nawet założywszy, że Plebania obrazuje gusta i światopogląd Polaków sprzed kilkunastu lat, to i tak warto przyjrzeć się jej naczelnemu antagoniście i zapytać: co o naszym społeczeństwie mówi fakt, że na swoją nemezis wybrało właśnie Tracza?

Tortury go uspokajają.

Nietrudno zauważyć, że Janusz Tracz jest zbudowany ze wszystkich tych cech, których stereotypowy Polak nienawidzi lub zazdrości innym. Polacy lubią ludzi skromnych, normalnych, takich, co to się nie wyróżniają ponad przeciętność – a Tracz wręcz emanuje pewnością siebie i pogardą dla miernot wszelkiego rodzaju. Polacy czczą rodzinę i rozrodczość – a Tracz z pierwszą żoną się rozwodzi, drugą doprowadza do choroby psychicznej i w efekcie do samobójstwa, dzieci zaś nie znosi. Nawet syn, rudy Pawełek, choć szczerze kochany przez ojca, nie staje się bodźcem do przemiany z czarta w świętego człowieka. Przeciwnie: Tracz wychowuje dziecko na miniaturową wersję siebie, ojcostwo nie czyni go ani trochę cieplejszym zimnym draniem. Użalanie się nad sobą, marudzenie na wszystko dookoła? Tracz nigdy nie marudzi, jak coś mu nie pasuje, to po prostu to zmienia lub usuwa. Patriotyzm? Ee, Tracz jest pragmatyczny, jego interesuje zysk, nie jakieś idealistyczne pierdoły. W jednej ze scen przyprawia proboszcza niemal o zawał, prowokacyjnie dając na mszę za swoich kolegów, zmarłych esbeków. Innym razem broni przy tym samym proboszczu Jaruzelskiego i jego decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego.

Janusz Tracz jest bogaty, bo – jak w tym kraju powszechnie wiadomo – pieniędzy nie zdobywa się ciężką pracą, talentem i zaradnością, a oszustwem, kłamstwem i po znajomości. Jak ktoś ma kasę, to na pewno ją ukradł. Uczciwi ludzie żyją skromnie. To dlatego tak często czarny charakter jest bogaczem albo biznesmenem (inny sławetny przykład to Jaroszy z M jak miłość). Serialowa panna Krystyna – notabene Tracz w pewnym momencie uwodzi ją tylko po to, by wkurzyć jej brata, księdza proboszcza – jest właścicielką jedynego baru w Tulczynie, czyli, na logikę, musi być całkiem bogatą babką na tle reszty lokalsów. Jednak Plebania konsekwentnie nie pokazuje nam śladów jej zamożności, panna Krysia pomyka w rozciągniętych ciuchach i mieszka bardzo skromnie. Powód? Bardzo prosty – Krystyna ma być lubiana przez widzów, nie może więc być od nich lepsza. Niech sobie ma pieniądze, ale tak, jak chciałyby tego dla nas wszystkie nasze ciocie, czyli po cichu, bez ostentacji, bez chwalenia się, a już najlepiej to przypadkiem, bo ambicję i staranie się zawsze obgadają jako pazerność. Co innego Tracz: ooo, ten niech się tarza w banknotach, niech demonstruje, że tym bogatym tylko na sianie zależy. Bo gdzie zło, tam pieniądze. Polacy nie ufają ludziom bogatym, a ściślej: bogatszym od siebie. Można gdybać, na ile jest to bezzasadna zawiść, a na ile pokłosie złych doświadczeń zbiorowości, nauczonej przez lata komuny i dzikiej epoki transformacji, że w Polsce najłatwiej dorobić się cwaniactwem i naginaniem prawa. Faktem pozostaje, że telenowele nie oferują wielu przykładów przedsiębiorczych, zaradnych finansowo osób, które byłyby jednocześnie postaciami pozytywnymi i obliczonymi na wzbudzanie sympatii u widza. Co tam telenowele zresztą: Olbrychski rozkręcający interes życia w Ziemi obiecanej jest zły, ale ten sam Olbrychski zabijający w Potopie najeźdźców Częstochowy jest już dobry i po przemianie.

Ostatnio dodane