publicystyka filmowa

To nie Bóg, a JANUSZ TRACZ cię zbawi

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

W przedszkolu wszyscy się go baliśmy. Babcia kręciła głową i cmokała zdegustowana, kiedy tylko pojawiał się na ekranie; a mnie głupio było się przyznać, że tak naprawdę wyłącznie dla niego oglądam z nią ten serial. Do dzisiaj pamiętam, jaki dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy od starszej kuzynki usłyszałam, że jego nazwisko czytane wspak to CZART. Telenowela Plebania nauczyła mnie dwóch rzeczy. Po pierwsze, że mówi się „plebania”, nie „chlebania”, jak wcześniej nazywałam to miejsce (nie pytajcie czemu, pewnie kościół kojarzył mi się z chlebem, o którym tak często wspominano na mszy). Po drugie, że w życiu chcę być otoczona dobrymi ludźmi, ale w filmach wolę patrzeć na tych złych.

Janusz Tracz używa serca zgodnie z jego przeznaczeniem – do pompowania krwi.

Janusz Tracz. Okrutnik i bezbożnik. Wygląd: słowiański Daniel Craig o nieruchomej twarzy zimnego sukinsyna z zamrożoną mimiką. Charakter: dziecko Gerarda Nowaka z Długu i któregoś z twardzieli z amerykańskiego kina klasy B. Zawód: gangster i biznesmen, rodzaj prowadzonych przez niego interesów jest mocno niejasny. Miejsce zamieszkania: zapomniana przez świat wieś Tulczyn, rządzona łagodną, ojcowską ręką księdza proboszcza Antoniego. Zainteresowania: pieniądze, whisky, ateizm i wkurzanie wspomnianego proboszcza oraz jego parafian. Jego posiadłość rzuca cień na tulczyński krajobraz jak domek Gargamela na wioskę smerfów. Tępienie Kościoła jest jego ulubioną rozrywką, bo jak sam twierdzi, tortury go uspokajają. Zapytacie: czy Janusz Tracz ma serce? A on odpowie: „Mam. I używam zgodnie z przeznaczeniem – do pompowania krwi”. Stwierdzicie, że działa jak człowiek bez sumienia? Cóż, on powie na to: „Nie zasłaniaj się sumieniem. Ty po prostu nie masz jaj”. Ocenzurowany przez ramy publicznej telewizji Tracz nie mógł ciskać kurwami zza zaciśniętych zębów czy zabijać swoich wrogów z wyjątkowym okrucieństwem, a mimo to, dzięki swej charyzmie, cichaczem awansował do grona najsłynniejszych gangsterów polskiego kina. Więcej: brak wulgarności odróżnia go od prostackich oprychów zaludniających rodzime produkcje sensacyjne, dodaje mu lordowskiej wręcz elegancji. I pomyśleć, że Dariusz Kowalski, który tak świetnie zagrał tego czarta w ludzkiej skórze, prywatnie jest gorliwym katolikiem chadzającym na pielgrzymki.

O Januszu Traczu przypomniałam sobie kilka lat temu, kiedy to Internet niespodziewanie zalała fala memów z jego osobą. Scenki wycięte z Plebanii osiągały po kilkaset tysięcy wyświetleń – tu postrach Tulczyna gasi wyłudzającą od niego pieniądze Agnieszkę Włodarczyk; tam prekursor Testovirona zalewa drogie zegarki równie drogą whisky, mrucząc pod nosem nonszalancko: „Rolex… stać mnie”. Gdzieś tam pojawiały się sugestie, by napisać petycję do TVP z prośbą o spin-off Plebanii – poświęcony losom wiadomego bohatera. Znaleźli się i tacy fanatycy Tracza, którzy wycinali z Plebanii wszystkie sceny z jego udziałem, by następnie je sklejać i tworzyć w ten sposób swoisty serial o najczarniejszym charakterze polskich telenowel. Założony tylko w tym celu kanał „Janusz Tracz” osiągnął na YouTube prawie 10 tys. subskrypcji, a publikowane na nim filmy oglądało kilkanaście razy więcej osób. Do ostatniego odcinka tej Traczowej epopei dotrwało najwierniejsze grono widzów w liczbie 16 tys. osób – w tym ja. Tak, przyznaję się – obejrzałam wszystkie sceny, w których kiedykolwiek wystąpił Janusz Tracz (#niewstydzesie). Czasem ze skupieniem, częściej puszczone gdzieś w tle podczas wykonywania codziennych, monotonnych czynności. Wnioski? Zaskakująco dobrze jak na telenowelę rozpisana historia. Pomijając grzechy typowe dla taśmowych seriali (dziury fabularne, niekończenie wątków – czasem intrygi Tracza zostają porzucone bez zapowiedzi, a kilkakrotnie sygnalizowane kiełkujące „nawrócenie” Szefa nigdy nie dochodzi do skutku), polecam – wciąga i odstresowuje.

W pierwszych odcinkach Plebanii Tracz wydaje się z lekka niedorobiony. Brakuje mu tej makiawelicznej aury i klasy, za jaką pokochali go internauci, przypomina byle ruskiego bandziora czy prymitywnego pruszkowskiego zbira. Szybko jednak szlachetnieje, a zarówno aktor, jak i scenarzyści telenoweli naprawdę rozsmakowują się w tej roli. Więcej: wątek Tracza jest napisany o dwie klasy wyżej niż pozostałe wątki Plebanii. Zupełnie jakby scenarzyści, zmęczeni ustawiczną produkcją słodkopierdzącego szajsu do kotleta, mogli sobie wreszcie ulżyć przy wymyślaniu kwestii dla Szefa. Rozplanowują dla niego kryminalne intrygi, których nie powstydziłby się regularny serial sensacyjny. Wkładają w usta jedynego niejanuszowatego Janusza cięte riposty, elokwentne monologi i epickie one-linery. Jasne, to wszystko jest przerysowane, przegięte i znajduje się na granicy karykatury, ale która ikoniczna postać nie składa się z klisz? Nie od dziś wiadomo, że popkultura dlatego tak silnie na nas oddziałuje, że zaludniają ją ludzie bardziej wyraziści i ciekawsi niż życie; ludzie będący hiperbolą i uosobieniem kilku cech. A Janusz Tracz jest uosobieniem zła. Sam aktor, Dariusz Kowalski, tak po latach podsumował swoją rolę: „My się tym bawiliśmy, jechaliśmy po bandzie, żadnych odcieni szarości. Kręciliśmy bajkę. To jest proste jak w westernie. Jest dobry szeryf i jest bandyta. Szeryfem był proboszcz, a bandytą byłem ja”.

Ostatnio dodane