search
REKLAMA
Kino klasy Z

THE VOID. Horror wprost z lat 80.

Jarosław Kowal

23 maja 2017

REKLAMA

Kult szatana i macki. Prawdziwe macki. Pasjonatom kina klasy Z tyle wystarczy za rekomendację, ale The Void nie jest hermetycznym filmem przeznaczonym wyłącznie dla wąskiego grona VHS-owych maniaków. To horror, który powinni docenić wszyscy wielbiciele gatunku.

Fabuła… jest. Nic nadzwyczajnego, ale zarazem nic na tyle oklepanego, żeby jedyną reakcją na kolejne zabójstwa było rozważanie: “Co by tu zrobić na obiad?”. W The Void najważniejsze są jednak atmosfera i efekty specjalne. To drugie może wywołać w was nieufność, w końcu niskobudżetowe filmy grozy od lat trawione są przez cyfrowe koszmarki, przy których niesławny jeleń z The Walking Dead (albo równie niesławny jeleń z amerykańskiego The Ring 2 – biedne zwierzę, nie ma szczęścia do producentów) wygląda jak żywcem wyjęty z Avatara. Kanadyjski duet reżyserski miał tego świadomość, a ich film można potraktować jako sprzeciw wobec dominujących praktyk.

Gwoli ścisłości, CGI nie jest złem wcielonym i ma wiele wzniosłych momentów w historii kina (chociażby aktorska wersja Ghost in the Shell), ale jeżeli nie stoi na bardzo wysokim poziomie, natychmiast kole w oczy i rujnuje seans. Przykłady? Jestem legendą – jeden z lepszych mainstreamowych horrorów XXI wieku, gdzie paskudna animacja zombiepodobnych istot skutecznie niszczy budowaną przez pół godziny atmosferę. Watchmen – jedna z najlepszych adaptacji komiksu, gdzie Bubastis (zmutowany ryś) wygląda tak żenująco, że aż chciałoby się go przemienić w jelenia. Z drugiej strony, nieudane efekty praktyczne? Sok z żuka? Twarz Schwarzeneggera w pierwszym Terminatorze? Koszmar z ulicy Wiązów? Każde z nich ma wyjątkowy urok, który po latach wciąż zachwyca.

Twórcy The Void doskonale zdają sobie sprawę ze wszystkich wad i zalet praktycznych oraz komputerowych zaklinaczy rzeczywistości, ponieważ praca nad nimi jest ich codziennością. Obaj współtworzyli oprawę wizualną dla Legionu samobójców, o którym można powiedzieć wiele złego, ale nie da się zaprzeczyć, że wygląda świetnie. Obaj pracują także nad nową wersją znakomicie prezentującego się w zwiastunach To. Jednak tak się przewrotnie złożyło, że dzisiaj efekty uchodzące ćwierć wieku temu za tanie są najdroższymi, więc duet postanowił zorganizować nietypową kampanię crowdfundingową. W jej ramach zbierany był budżet nie na cały film, lecz właśnie na wygenerowanie pożądanych wrażeń wizualnych.

Jeremy Gillespie i Steven Kostanski w opisie kampanii przypomnieli film Coś Johna Carpentera, który przygotowywano przez jedenaście miesięcy, zanim w ogóle rozpoczęto zdjęcia. Przy aktualnych standardach żadne duże studio nie zgodziłoby się na tak długi czas pracy, a żadnego małego na to nie stać. Reżyserzy The Void dopięli jednak swego i uzbierali aż osiemdziesiąt pięć tysięcy dolarów (158% założonej kwoty), co starczyłoby na pięć filmów studia Troma. Mucha z 1986 roku, Blob z 1988, H.R. Giger i Masahiro Ito – to główne źródła inspiracji. Na ekranie szczególnie widoczna jest fascynacja twórczością tego ostatniego – pierwsze napotkane przez bohaterów monstrum wygląda jak zagubiony mieszkaniec miasteczka Silent Hill (którego Ito był współtwórcą), a postać ciągnąca za sobą siekierę natychmiast wywołuje skojarzenia z Piramidogłowym.

Efekty specjalne decydują o wyjątkowości The Void, ale nie jest to równoznaczne z niskim poziomem fabuły. Kobiety rodzące demony są wprawdzie zjawiskiem tak często wykorzystywanym w horrorze, że można by je wyodrębnić jako osobny gatunek, a w dodatku w scenariuszu brakuje elementów zaskoczenia, jednak historia poprowadzona jest w sprawny sposób i wciąga niemalże od pierwszej minuty. Prostym wątkom pomaga świetna, klaustrofobiczna atmosfera, co znowu przywodzi na myśl Coś, ale także inne produkcje Carpentera – Atak na posterunek 13, Księcia ciemności, Dark Star, W paszczy szaleństwa… Właściwie we wszystkich jego filmach pojawia się wątek odcięcia większej lub mniejszej grupy ludzi od świata zewnętrznego. Dzisiaj John Carpenter jest jednak przede wszystkim muzykiem, a jego unikalne brzmienie (stworzone z budżetowego przymusu, a nie z ambicji artystycznych) jest częściej kopiowane niż kiedykolwiek wcześniej. Akurat w tej kwestii The Void wyłamuje się trendowi i zamiast bitów generowanych przez archaiczne klawisze Casio proponuje twórczość żywej legendy dark ambientu – Lustmorda.

Jeżeli porównać The Void do większości współczesnych, mainstreamowych horrorów, to zdecydowanie wyróżnia się jakością wykonania i brakiem skrajnie nieprawdopodobnych czy wręcz bezmyślnych elementów fabularnych. Jeżeli jednak zestawimy efekty specjalne duetu Gillespie/Kostanski z tym, co w latach osiemdziesiątych potrafił wyczarować Rob Bottin, a scenariusz z niepohamowanymi szaleństwami twórców Mózgu czy Zemsty embriona, to efekt jest najwyżej przeciętny. The Void broni się więc głównie jako produkt dzisiejszych czasów i choć najprawdopodobniej przepadnie w odmętach historii, warto poświęcić mu jeden leniwy wieczór.

korekta: Kornelia Farynowska

REKLAMA