Sztuczne światy

Sztuczne światy – THE TRANSFORMERS: THE MOVIE

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Dla dzieciaka dorastającego w pierwszej połowie lat 90. nie było lepszej zabawki od Transformera. To było dwa w jednym. Wystarczyło kilka sprawnych ruchów, by samochód, odrzutowiec lub czołg zamieniły się w postawnego robota. Po udanej zabawie bardzo łatwo było wsiąknąć w całe to uniwersum powstałe na bazie gadżetów Hasbro. Historia jego rozwoju znana jest wam z kin. Cofnijmy się jednak do początków.

Sukces ubiegłorocznego Bumblebee pokazał, że w Transformerach wciąż tkwi potencjał. Nie powinno to nikogo dziwić. To w końcu weterani kultury popularnej. Ich potyczki śledzimy od lat osiemdziesiątych, tak w telewizji i filmach, jak i w komiksach (także z linii Marvel). Pierwszy pełnometrażowy film z udziałem kosmicznych robotów wszedł do kin w 1986 roku, czyli dwa lata po wypuszczeniu linii zabawek. The Transformers: The Movie, bo o nim mowa, stanowi rodzaj fabularnego pomostu, lokującego wydarzenia pomiędzy drugim a trzecim sezonem popularnego serialu Transformers, emitowanego w latach 1984-1987 (film po latach pełni zatem funkcję midquela). Za reżyserię obydwu przedsięwzięć odpowiada Nelson Shin.

Co zrozumiałe, w filmie dochodzi zatem do klasycznego przetasowania, gdzie w miejsce starego wchodzi nowe. Pewnych bohaterów żegnamy, innych witamy. Akcja animacji rozgrywa się w 2005 roku, dwadzieścia lat po wydarzeniach z drugiego sezonu serialu. Wyniszczająca wojna między autobotami a decepticonami trwa w najlepsze. Na horyzoncie pojawia się jednak nowy przeciwnik, potężny Unicron (prowadzony głosem nie byle kogo, bo samego Orsona Wellesa). Chce on zniszczyć Matrycę Przywództwa – przedmiot podtrzymujący istnienie robotów, stanowiący zarazem jedyną przeszkodę stojącą mu na drodze do pełni władzy.

Opis ten da się jednak znacznie uprościć. Bo tak po prawdzie The Transformers: The Movie to kolejna realizacja dobrze znanego motywu walki dobra ze złem. W jednej ze scen uwidoczniona została różnica w podejściu do śmierci dwóch stojących naprzeciw siebie grup robotów. Gdy umiera jeden z bohaterów autobotów, okoliczności mają charakter podniosły, oddany zostaje szacunek, z kolei uczestnicy zdarzenia odczuwają smutek. Inaczej wygląda to w przypadku złych decepticonów, u których śmierć to pustka. W kolejnej scenie widać bowiem, jak „ciała” ich dotychczasowych współtowarzyszy broni zostają bezrefleksyjnie wyrzucone w przestrzeń kosmiczną. W innej scenie z kolei jeden z decepticonów zostaje zabity, jakby za pstryknięciem palców, tuż po tym, jak miał objąć liderowanie. To pokazuje, że według twórców The Transformers: The Movie miarą dobra jest szacunek dla istnienia, a miarą zła – niweczenie jego wagi. Paradoks polega na tym, że uczą tego humanoidalne roboty.

Tempo akcji zostało poprowadzone zbyt szybko, co wpływa na komfort seansu...

Kilka rzeczy zgrzyta mi jednak w tej historii (i w jej formie) po latach. Po pierwsze, mniej niż symboliczne udział i rola człowieka w konflikcie między robotami. Z dystansu patrząc, wydaje mi się co najmniej dziwne, że rasa robotów, która poniekąd wygląda i zachowuje się jak ludzkość, udaje jednocześnie, że nie ma z nią nic wspólnego*. Po drugie, bardzo trudno jest podejść do fabuły bez znajomości treści serialu. To wiąże się z innym problemem. Tempo akcji zostało poprowadzone zbyt szybko, co wpływa na komfort seansu. Tu się po prostu zbyt dużo dzieje, a bohaterowie w dodatku posługują się między sobą skrótami myślowymi, które może są zrozumiałe dla fana, ale nie dla przeciętniaka. Nie da się także ukryć, że pomimo ogromnego sentymentu, jakim darzę starą, dobrą, japońską kreskę, to jednak mocno się ta animacja postarzała, przede wszystkim pod względem wiarygodności ruchów postaci.

Aczkolwiek, tak po prawdzie, trudno nie uznać zarzutu związanego z tempem akcji za coś, co bezpośrednio określa całokształt widowiska. Rzuca się bowiem w oczy, a poświadcza to również rockowy soundtrack, że film miał odznaczać się przede wszystkim dynamizmem. Wypada patrzeć na The Transformers: The Movie jak na produkcję, która miała spełniać się w jednym, głównym celu i posiadać tylko jednego adresata. Jej założeniem było dawanie frajdy spragnionym wrażeń kilkunastoletnim chłopcom. Chodziło o wdrażanie ducha w nieożywione zabawki i uczynienie z nich nośników uniwersalnych przesłań. Paradoksalnie jednak ani rodzic, ani młodszy brat, ani tym bardziej siostra raczej nie mieli co szukać na wspólnym seansie tego filmu. To specyficzne, hermetyczne dzieło właśnie swym fanowskim charakterem musiało zwrócić uwagę Michaela Baya, który lata później otworzył dla Transformerów nową drogę. Ale tą historię już dobrze znacie.

* Jeśli wątek ten zostaje w serialu lub komiksach jakoś wytłumaczony, z chęcią wysłucham znawcy tematu. Bez tego trudno mi zrozumieć, dlaczego roboty, które zamieniają się w użyteczne człowiekowi narzędzia (vide samochody), nie mają z ludzkością nic wspólnego.

Ostatnio dodane