Sztuczne światy

Sztuczne światy – DROGA DO EL DORADO

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

Po sukcesie Shreka wytwórnia DreamWorks zaczęła realizować bardzo podobne animacje – typowe komedie, w których najważniejsze były gagi, najczęściej nawiązujące do kultury popularnej. Ta formuła się sprawdzała, widzowie tłumnie zjawiali się w kinach, ale w końcu dało się odczuć, że twórcy idą po linii najmniejszego oporu. Odmiana przyszła wraz z Jak wytresować smoka. Co ciekawe, w DreamWorks Animation nie sięgnięto wtedy po całkowicie nowy przepis na sukces. Nastąpił powrót do tego, od czego wszystko się zaczęło.

Po debiucie, czyli Allenowskiej Mrówce Z, studio wypuściło takie filmy jak Książę Egiptu, Mustang z Dzikiej Doliny, Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz oraz Droga do El Dorado. Wszystkie bardziej przypominały klasyczne produkcje Disneya niż shrekopodobne twory. Nawiązywano do legend i baśni, głównymi bohaterami byli przede wszystkim ludzie, a nad całością unosił się duch przygody. Niestety, pomijając Księcia Egiptu, trudno było mówić o sukcesach. Droga do El Dorado okazała się wręcz finansową klapą, przy 95-milionowym budżecie zarabiając zaledwie 76 milionów dolarów.

Świetnie bawiłem się na tym filmie zarówno jako 12-latek, jak i dorosły facet.

Tym, co zawiniło, mogło być to, że film z pewnością nie jest przeznaczony dla najmłodszych dzieci. Recenzenci twierdzili, że Droga do El Dorado tak naprawdę jest skierowana do nikogo, bo również dorośli nie znajdą w niej nic dla siebie. Ja mam zupełnie inne zdanie. Świetnie bawiłem się podczas seansu zarówno, kiedy miałem około 12 lat, jak i jako ponad 20-letni facet. Choć bardzo lubię Shreka i większość shrekopodobnych produkcji DreamWorks, po pewnym czasie zaczęły mnie jednak męczyć. Z Drogą do El Dorado jest inaczej.

Po prostu uwielbiam takie animacje – odkrywanie nowych światów zawsze wydawało mi się idealnym pomysłem na fabułę, a tutaj wykonano to naprawdę znakomicie. Nie bez znaczenia jest fakt, że główni bohaterowie są dość zwyczajni, „ludzcy”, nie ma tu mowy o księżniczkach i rycerzach. Dzięki temu można się z nimi łatwiej utożsamić. A przecież każdy z nas marzy o przeżyciu takiej przygody!

Postaci są bardzo ciekawe, zaskakują niejednoznacznością, a czarnym charakterom trudno zarzucić stereotypowość.

Ta opowieść o dwóch oszustach, którzy trafiają do legendarnego El Dorado i udają tam oczekiwanych przez mieszkańców bogów, jest nie tylko zabawna, ale też mądra. Gdzieś tam między wierszami można znaleźć komentarz do tego, czym jest dla ludzi szczęście, do kwestii honoru, dóbr materialnych, a nawet zderzenia świeckości i religii (nadinterpretacja? Być może, ale coś w tym na pewno jest). Postaci Tulio i Miguela są ciekawe, bardzo się od siebie różnią i jak na film przeznaczony głównie dla dzieci zaskakują niejednoznacznością. Na drugim planie jest nie mniej interesująco. Dwa czarne charaktery dalekie są od stereotypów hollywoodzkich animacji, a za prawdziwego złodzieja scen trzeba uznać konia Altivo, który z pewnością zainspirował twórców przeboju Disneya Zaplątani.

Biorąc pod uwagę rok powstania (od premiery minęło już 18 lat), na bardzo wysokim poziomie stoi też sama animacja. Mityczne miasto El Dorado zostało odmalowane w piękny sposób – te tła nawiązujące do kultury indiańskiej oraz łacińskiej naprawdę robią wrażenie. Na klimat całej opowieści duży wpływ ma też muzyka. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadają specjaliści światowej klasy, Hans Zimmer i John Powell. Piosenki są zaś autorstwa duetu Elton John i Tim Rice, których współpracę mogliśmy podziwiać w Królu Lwie. Someday out of the Blue to rewelacyjny utwór i trudno mi zrozumieć, dlaczego nie został choćby nominowany do Oscara. Ta piosenka wybrzmiewa, gdy pojawiają się napisy w wersji oryginalnej, pozostałe utwory są śpiewane po polsku przez Kubę Badacha. I trzeba przyznać, że on również spisał się bez zarzutu.

A jeśli już o polskiej wersji mowa… Choć w oryginale głosy pod główne postaci podkładają Kevin Kline i Kenneth Branagh, i warto przekonać się jak sobie poradzili (podpowiem – bardzo dobrze), nasza wersja językowa jest chyba lepsza od angielskiej. Droga do El Dorado była pierwszą pozycją kinową w zawodowym CV specjalisty od dialogów Bartosza Wierzbięty, a ci, którzy siedzą w temacie, wiedzą, że to już niezła rekomendacja. Bardzo dobrze wypadli też polscy aktorzy z Arturem Żmijewskim i Rafałem Maćkowiakiem na czele.

Ten tytuł nie zapisał się złotymi zgłoskami w historii światowej animacji. Dla studia DreamWorks był wręcz porażką i kto wie, czy gdyby nie olbrzymi sukces wypuszczonego do kin rok później Shreka, w ogóle kontynuowaliby produkcję filmów dla dzieci. Ja jednak naprawdę lubię Drogę do El Dorado. Odpalcie ją sobie na Netfliksie czy w inny sposób i oceńcie sami, czy rzeczywiście zasługiwał na tak słabe przyjęcie. Niewykluczone, że będziecie po mojej stronie.

Ostatnio dodane