Seriale TV

WU ASSASSINS. Bijatyka w sosie fantasy

Walki dobre, ale tylko walki. Reszta leży.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Bzdurą w twarz

Powiedzmy to na wstępie i miejmy to za sobą: to oczywiste, że nikt z nas nie spodziewał się po Wu Assassins żadnych fabularnych wyżyn. Dotychczas żadna produkcja z Iko Uwais się tam nie wspięła, więc i tu wszystko miało zostać po staremu. Od Wu Assassins oczekiwaliśmy tylko jednego – dobrej, soczystej naparzanki. Patrząc na serial Netflixa tylko i wyłącznie z punktu widzenia jakości choreografii walk i scen akcji, zdecydowanie jest się z czego cieszyć. Recenzencka rzetelność i przyzwoitość nakazują mi jednak powiedzieć wprost – to za mało, by utrzymać uwagę serialowego widza.

W 2019 roku mamy do czynienia z ciekawym zrządzeniem losu. Premierę miały bowiem dwa seriale konkurencyjnych stacji, które realizują tradycję kina kopanego. Oba rozgrywają się w San Francisco. W obu główne rolę odgrywają Azjaci zaznajomieni ze wschodnimi sztukami walki. Pierwszy serial to recenzowany przeze mnie jakiś czas temu Wojownik będący doprowadzoną do skutku fantazją Bruce’a Lee. Drugi to właśnie Wu Assassins. Ten pierwszy serial okazał się tworem ze wszech miar lepszym od produkcji Netflixa m.in. dlatego, że zamiast opowiadania bajek w duchu fantasy zaprezentował akcję osadzoną w historycznej rzeczywistości – brudnej, brutalnej i prawdziwej.

Z początku jednak wszystko wskazywało na to, że niejaki Kai Jin, bohater Wu Assassins, będzie twardo stąpał po ziemi. Jest w końcu szefem kuchni w Chinatown, więc interesują go sprawy przyziemne i smaczne. Krojeniem warzyw zajmuje się jednak krótko. Wkrótce natrafia bowiem na trop tajemniczej zagadki ze starożytnymi mocami w roli głównej. Na drodze do jej rozwikłania staje mu jedna z chińskich triad, której także przyśniła się potęga.

Sos fantasy wyraźnie zaszkodził Wu Assassins. Miał stanowić wyróżnik, miał puszczać oko do sympatyków gier komputerowych potrafiących podczas rutynowej walki w, dajmy na to, Mortal Kombat puszczać fireballe, ale okazał się ością raniącą przełyk podczas jedzenia. Żeby była jasność – nie mam nic do tego rodzaju urozmaicania historii. Ale trzeba to robić dobrze, spójnie, kreatywnie, nie gubiąc w twórczym procesie myśli przewodniej. Wu z kolei sprawia wrażenie bełkotu. Ani przez moment nie potrafiłem zrozumieć tych wszystkich zależności mistycznych mocy, pojąć, kto jest dobry, kto zły i dlaczego, ponieważ zostało to postawione na bagiennym podłożu. Wszystkie sceny fantasy ośmieszyły twórców. Wszystkie „rzeczywiste” sceny z kolei dały do zrozumienia, że potencjał czegoś lepszego był bardzo blisko.

Iko Uwais jest świetny, ale tylko wtedy, gdy bije.

Gdyby to było mniej pokomplikowane. Gdyby otoczka fantasy nie tworzyła nowej, nachalnej, sztucznej i bezdennie głupiej mitologii, tylko po prostu pozwoliła bohaterowi mierzyć się ze złem, w sposób prosty, acz konsekwentny. Gdyby ucięto wszystkie napuszone kwestie nie mniej napuszonych antagonistów. Gdyby bohater miał moc, która przy udziale profesjonalnego CGI nie wyglądałaby, jakby malowano ją w Paincie. Gdyby w końcu szanowano oczekiwania widza i wszystkie sceny kopane wyeksponowano tak, by w międzyczasie nie zanudzić widza miałką intrygą. Wówczas, moi drodzy, dałoby się Wu Assassins oglądać z przyjemnością.

Iko Uwais jest świetny, ale tylko wtedy, gdy bije. Chłopak ma talent i buduje na nim swoją karierę. Ale ma też ewidentne braki warsztatowe, przez co niejednokrotnie sprawia na ekranie wrażenie zagubionego. Znacznie więcej charyzmy od niego przejawia znana z Wikingów Katheryn Winnick (która, co ciekawe, wyreżyserowała jeden odcinek) oraz znany z Deadpoola 2 Lewis Tan. Choć gdy ta trójka zamiast gadać zaczyna się ruszać, dając popis nietuzinkowym scenom walk, to jednak tuż po ich zakończeniu wraca wrażenie, że przecież wciąż bierzemy udział w tej idiotycznej bajeczce dla dużych dzieci, niejednokrotnie tak bardzo kiczowatej i tak bardzo niedorzecznej, że nie da się na nią spojrzeć nawet pod kątem „grzesznej rozkoszy”.

Szkoda, bo to przyrządzane przez bohatera-kucharza danie mogło mieć smak, mogło mieć zapach, gdyby twórcy lepiej dobierali składniki. Nie jest to może odgrzewany kotlet, bo Wu tworzy swoją historyjkę, ale widać wyraźnie, że brakowało w jej tworzeniu umiaru i trafnego doboru proporcji.

Ostatnio dodane